Proza

„Życie listami pisane” fragment powieści

pobrane

Gdy się miało szczęście, które się nie trafia…

Maria Pawlikowska opuściła Władysława Bzowskiego, jednak unieważnienia małżeństwa nadal nie ma. Poetka pozostaje mężatką i powinna zachowywać się jak na zamężna kobietę przystało. Ale jak tu zachowywać się statecznie, kiedy piękny Jaś Pawlikowski kusi i nęci.

Spotkajmy się dzisiaj na Wawelu- szepce jej do ucha, łapie za kolano w kościelnej ławie. Oj Jasiu, przecież wiesz że nie mogę. Momo ze mnie oka nie spuszcza – jeszcze ciszej szepce Pawlikowska. Chociaż na godzinkę – Jaś nie daje za wygraną. Będę czekał o 18 pod kaplicą – i nie czekając na odpowiedź, wychodzi z kościoła.

Dużo było takich romantycznych schadzek. To właśnie wtedy między przyszłymi małżonkami układało się najlepiej. Pawlikowska pisała piękne, długie, namiętne listy. Nie musiała rezygnować ze swojej niezależności,

a jednocześnie mogła dawać dowody swojego oddania. Tylko raz w życiu, właśnie w małżeństwie z Janem, Pawlikowska była zdecydowana urodzić dziecko, zrezygnować ze swojej wolności, znosić porodowy ból, szpital, złą kondycję fizyczną i psychiczną, nieatrakcyjny wygląd. Była gotowa urodzić dziecko tylko po to, aby zadowolić mężczyznę, aby dać mu szczęście i sprawić radość. Tym kimś był właśnie Jan Gwalbert Pawlikowski. Ale po kolei.

„Już w czasie małżeństwa z Bzowskim Lilka poznała i pokochała Jana Gwalberta Pawlikowskiego, za którego wyszła za mąż, gdy tylko uzyskała rozwód z pierwszym mężem” (Mariola Pryzwan, Lilka. Wspomnienia o Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Warszawa 2010, s.34) czyli w 1919 roku. Zamieszkali na Kozińcu, w domu rodzinnym męża w Zakopanem, skąd Jan często wyruszał na tatrzańskie szlaki bądź w dalsze podróże. Małżonkowie rozstawali się często, co sprzyjało prowadzeniu korespondencji; w 1920 roku Jan Pawlikowski wyjechał na Śląsk pracować w komisji plebiscytowej. Dwa lata później, gdy z zespołem tanecznym Rity Sacchetto zaczął wyjeżdżać do Niemiec czy Austrii, Pawlikowska pisała do niego listy z Kossakówki, do której często wracała.

Na Kozińcu bowiem czuła się źle. Przeszkadzała jej panująca tam oszczędność oraz minimalizm nie tylko w sposobie prowadzenia domu, lecz również w stylu życia domowników. Ponieważ każdy z nich był artystyczną indywidualnością, talent Marii nie był doceniany. Nikt też nie rozumiał jej przywiązania do estetyki.

Ach, biedna Lilka. Kozieniec ogromny, pełen zakamarków, trochę straszny. Czasem nikogo przez cały dzień na korytarzu, wszyscy patrzą nieprzychylnie na jej strojenia się, dbałość o elegancję, wyrafinowane zachcianki kulinarne. Ojciec Jana nie zwraca na nią specjalnej uwagi, siedzi wciąż w swoim pokoju, pisząc poematy i tatrzańskie legendy. Kozieniec jest też trochę bajkowy. Zaprojektowany w stylu zakopiańskim przez Witkiewicza przypomina zamek z bajd i klecht tatrzańskich. Okna zerkają na różne strony świata, kominy pną się gdzieś w przestworza. W ogrodzie stoi przepiękna studnia, drewniana, przypominająca swoim wyglądem mały domek. Może dla tatrzańskich stworów, przychodzących tutaj w nocy? Może to na tą studnię patrzyła Pawlikowska, siedząc przy oknie i pisząc kolejny, tęskny list do Jasia?

Chociaż Koziniec niewątpliwie stał się inspiracją niejednego wiersza, Pawlikowska niechętnie spędzała w nim czas bez męża. Dom w porównaniu z Kossakówką był raczej ponury. Nie przychodzili tutaj goście, nie tętniło życie towarzyskie. Pawlikowska nie miała kogo kokietować, kogo uwodzić, z kim wieść dysput i spory, z kim inteligentnie porozmawiać. Z Kozińca więc coraz częściej wracała na Kossakówkę, by stamtąd nieustannie tęsknić za Jasiem. Początkowo była to tęsknota odwzajemniona, jednakże coraz częściej Jaś, niczym pasikonik z słynnego wiersza, wiódł dość swawolne życie z dala od małżonki. Chociaż Pawlikowska nie była bez winy – chciała męża zdominować i narzucić mu własny styl myślenia – to jednak właśnie przez Jana została najbardziej zraniona. Ta wielka miłość niosła ze sobą wielką rozpacz i tragiczny finał. Pawlikowska wniosła w związek z Janem więcej niż otrzymała, zdołała wyzbyć się egoizmu, kochać całą sobą. Było to szczęście, które się nie trafia, miłość, która zdarza się tylko raz w życiu, po której zawsze zostaje tylko fotografia. A to, to jest bardzo mało…

Zanim jednak Pawlikowska napisze ten najchętniej i najczęściej dzisiaj cytowany wiersz, jest szaleńczo zakochana, pewna, że to Jaś jest właśnie tym na całe życie. W tym czasie następuje stopienie się życia i literatury. Każdy list Pawlikowskiej to mały, literacki poemat, każdy wiersz z tego okresu oraz wiersze z czasu rozstania, to jakby krótkie listy do Jana. Język tych listów jest piękny, poetycki. Na okres znajomości oraz małżeństwa z Janem Pawlikowskim przypadały pierwsze wielkie sukcesy poetyckie poetki. Wydany w 1922 tomik Niebieskie migdały stał się szybko bardzo popularny, a artystka była w swojej najlepszej twórczej formie. To wtedy w poezji Pawlikowskiej pojawia się wartość, na którą chętnie zwracają uwagę badacze twórczości poetki, czyli miłość. To ona zaczyna organizować świat i życie poetki, jest transcedentalną, najwyższą wartością. Wartością, którą na świat powołał właśnie Jan.

Jest wieczór. Pawlikowska siedzi w swoim pokoju, który nigdy nie został zmieniony, przemeblowany. Wróciła, na czas nieobecności Jana, do rodzinnego domu. Goście już poszli. Jest trochę zmęczona; cały wieczór była w centrum uwagi, rozdawała uśmiechy, czarująco konwersowała, roztaczała urok, czasami ironicznie, niby od niechcenia, podsumowała czyjąś wypowiedź, to znów w zawoalowanych słowach wyraziła swoją krytykę. Flirtowała, niewinnie uwodziła. Ubrała swoje najlepsze szale, ulubione pantofelki, najlepszą suknię. Siada przy biurku i pisze: Ach, Jasiu, jaką pewność istnienia poza ciałem daje mi Twoja miłość (Magdalena Samozwaniec, Maria i Magdalena. Część I, Kraków 1956, s. 227). Wzdycha. Myśli o tym, że dzisiaj wszyscy podziwiali jej urodę a piękno duszy zna tylko Jan. Przecież on został jej podarowany, kiedyś już się spotkali w innych wcieleniach, a teraz odnaleźli się znowu.

Kategoria miłości związana jest niepodzielnie z pewnym zagadnieniem, które sprawiające kłopot badaczom literatury, jest przez ich konsekwentnie, dyskretnie pomijane. Czy naprawdę Pawlikowska wierzyła w magię? Czy „różowa magia” była tylko literackim chwytem, zręcznie przez nią używanym? Czy parzenie ziół na różne dolegliwości, na wieczną młodość i urodę, niechęć do lekarzy, wiara w jakąś inną, pozaziemską lecz nie boską rzeczywistość, stawianie kart, wreszcie wymawianie niewinnych zaklęć, było tylko zabawą? Kategorycznym stwierdzeniem, że Pawlikowska w magię wierzyła, narażam się na pewnego rodzaju śmieszność. Jak można tak pisać, dzisiaj w XXI wieku, jak można stawiać takie sądy w dziedzinie literatury, w tej poważnej nauce zajmującej się sprawami tylko poważnymi, jak można wygłaszać takie teorie w stosunku do wielkich wieszczów poezji? Z drugiej jednak strony, moje obawy przed gromiącymi głosami poważnych literaturoznawców oraz obrona przed kpiącymi uśmieszkami sceptycznych czytelników, stają się nieuzasadnione, jeśli uświadomimy sobie, że na przełomie XIX i XX wieku to właśnie magia i okultyzm były jednymi z modniejszych i bardziej popularnych systemów myślowych.

Pawlikowska zwyczajnie wierzyła w różne pozaziemskie, sprawcze moce, których genezy należy szukać właśnie w wymienionych wyżej kierunkach. Dowodów jest wiele. Modły do miesięcy i pór roku, stawianie tarota i na jego podstawie podejmowanie ważnych, życiowych decyzji, wróżenie, rzucanie klątw i złych uroków, wreszcie rozmowy z wyższymi siłami, duchami, zapisywane w notatniku – wszystko to w przypadku poetki nie było jedynie zafascynowaniem powszechną modą, która w Europie wręcz nosiła znamiona histerii, lecz szczerą wiarą. Poetka chorując na nowotwór wciąż ratowała się domowymi, ziołowymi preparatami sporządzanymi wedle specjalnych przepisów, wywodzących się z ziołolecznictwa i homeopatii. Leczyła nimi nie tylko siebie lecz całą swoją rodzinę oraz przyjaciół, z czego była powszechnie znana. W zapiskach dziennikowych, których przecież nikt nie czytał i które były przeznaczone tylko dla niej, rozmawiała z Dobrym Duchem. Stawiała tarota i przy jego pomocy rozwiązywała wiele problemów. Przepowiadała przyszłość. Natomiast listy do Jana, drugiego męża, świadczą o nieudawanej, głębokiej wierze w metafizykę, transcendencję, wyższe wymiary i pozaziemskie byty, mające niewiele wspólnego z wiarą chrześcijańską.

Skąd u osoby wychowanej przecież w katolickim domu takie zainteresowania? Bunt przeciwko tradycji? Lektury, czytane w dzieciństwie i młodości? Bardzo głębokie zainteresowanie filozofią dziejów, metafizyką? Na pewno, lecz nie tylko. Na okres magicznych eksperymentów poetki przypadają czasy wzmożonego zainteresowania magią, metafizyką. Liczne seanse spirytystyczne, wywoływanie duchów, odkrycie ektoplazmy, spirytyzm. Na koniec wieku XIX datuje się działalność Heleny Bławackiej, wielkiej spirytystki. Pawlikowska prawdopodobnie znała jej dzieła, chociaż na początku XX wieku zainteresowanie jej osobą i spirytyzmem znacznie zmalało. Podziały historyczne są pod pewnymi względami dość sztuczne. Zjawiska nie kończyły się momentalnie wraz z nastaniem nowego stulecia, a Lilka niewątpliwie pozostawała pod wpływem słabnącego już ruchu spirytystycznego. Zbyt niezależna, aby całkowicie mu ulec, wybrała z niego poszczególne elementy i stworzyła z nich własną, niepowtarzalną całość. Julian Tuwim, Kazimierz Lechoń zgodnie twierdzili, że Lilka ma coś z czarownicy. Często sprawdzało się to, co Lilka komuś przepowiadała, często złorzeczenie rzucone w złości, rzeczywiście dotykało daną osobę a rozmowy z Dobrym Duchem nie były tylko literackim chwytem. Uległa pewnego rodzaju modzie, to prawda, lecz dużo więcej było w tym prawdziwej wiary połączonej z rzetelną, gruntowną wiedzą, wyniesioną z licznych lektur.

Lilka głęboko wierzyła, że miłość do Jana pozwalała jej na odczuwanie innej, pozaziemskiej rzeczywistości. Według poetki uczucie do Jana Pawlikowskiego zostało jej z góry dane, ich spotkanie nie było przypadkowe, lecz przewidziane w metafizycznym planie, a oni sami, z racji doświadczanego uczucia, stali się niepodzielną całością. Jedność, którą tworzyli, nie podlegała ziemskim prawom lecz boskim. Uczucie traktowane było jak wielki Dar Losu. Maria Pawlikowska i Jan w tej korespondencji stawali się jednym bytem, jednym życiem, na przekór wszystkim i wszystkiemu. Są swoją własnością nawzajem, jedno dla drugiego stało się drogą, niekończącą się ścieżką, pełną miłosnych uniesień.

Pawlikowska przebywa w willi pod Jedlami, Jan znowu gdzieś wyruszył, na sobie tylko znane górskie szlaki. Robi się chłodno, lato pomału ma się ku końcowi i powietrze zaczyna pachnieć już jesiennymi wiatrami, które tańczą na tarasie, wkradają się w drewniane bale. Pawlikowska pisze do Jana kolejny list, chce go włożyć pod poduszkę, żeby mąż przebudził się z jej słowami za uchem. Zastanawia się tylko, czy mu pisać to wszystko, co myśli, kiedy na niego patrzy. Nie to, że jest przystojny, męski, szarmancki. Nawet nie o tym, jak ten błysk w oku, jak ta tęsknota jakaś spojrzenia, jak ten chód pewny a jakby unoszący się nad ziemią, powodują u niej emocje nie do nazwania, nieznane, obce i miłe jednocześnie. I nawet nie o tych dłoniach chce pisać, delikatnych a z drugiej strony takich męskich, silnych, ogorzałych od wiatru, ciepłych, na których linie papilarne układają się w konstelacje gwiazd, tylko o czymś innym… W końcu nie wytrzymuje i pisze… O Janie jak o piękności największej, najwspanialszej, najjaśniejszej. Bo Jan nie był dla Lilki przystojny. On był Piękny wewnętrzną jasnością, światłem i pięknem, którego próżno szukać u innych. Miał piękną twarz i spojrzenie, zachowując jednocześnie wyraziste, męskie rysy, zdecydowaną fizjonomię. To Piękno było nie stąd, a pochodziło z jakiejś innej, nieziemskiej rzeczywistości. To Jan przecież Lilce powiedział, że kochać to znaczy widzieć w kimś rzeczy niewidzialne dla innych oczu… i ona zobaczyła, Piękno i Jasność, której nie widziała już u nikogo nigdy wcześniej i nigdy później…

Zaskakujące, jak bardzo poetka zatracała się w tym uczuciu. Było ono siłą mającą swoje źródło nie w tym, lecz w jakimś innym, niewidzianym świecie, było siłą, której nie wolno się opierać. Włączenie kategorii miłości w obręb magii było ściśle związane z całym systemem myślenia poetki, nie było jedynie wynikiem przyswojonego romantycznego wzorca.

Nie można jednak zapominać o tym, że czas dzieciństwa i wczesnej młodości Marii Pawlikowskiej to czas Młodej Polski. Również i tam należy upatrywać źródeł takiego pojmowania miłości. Szczególne wrażenie, jak możemy się domyślać z treści listów do Jana Pawlikowskiego, wywarła na poetce filozofia Stanisława Przybyszewskiego. Sposób, w jaki autorka pisze, zwroty do adresata, takie a nie inne definiowanie miłości, siła, która z niej płynie a która jest w stanie przezwyciężyć wszystko inne, to jakby doskonała ilustracja poglądów tego młodopolskiego artysty. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że Stanisław Przybyszewski czytając te listy, z pewnością zachwyciłby się i być może on sam uznałby Pawlikowską za poszukiwany wciąż, brakujący element Dwój-Jedni; tak doskonale oddała jego myśli. Poetycko opisała to, co Przybyszewski głosił. Że miłość to metafizyczna siła, prowadząca ku poznaniu (gnosis), która łączy jednostkę z naturą oraz kosmosem, która jest wszechwładna i która odsłania przed nami tajniki nieświadomości, przez co jest twórcza i niebezpieczna, uszlachetniająca i niszcząca zarazem. To właśnie Przybyszewski, a w ślad za nim Pawlikowska, pojmował miłość jako moment intensywnego napięcia. To napięcie prowadzi do gwałtownych olśnień i wręcz ponad ludzkich, mistycznych wrażeń. Jest drogą ku całkiem innym poziomom egzystencji, przez co ma sens metafizyczny i przez to staje się sama w sobie problemem filozoficzno-moralnym. Miłość to właśnie owa jednia, o której tak często i tak chętnie pisze Pawlikowska, to stopienie się dwóch ciał w jedno, dwóch bytów w jeden, wszechogarniający byt, to wywiedziona jeszcze z czasów starożytnych, tęsknota za platońską, androgyniczną Dwój-Jednią. Jesteśmy oboje jednym ciałem na przekór wszystkiemu i wszystkim, pisze w tej tonacji Pawlikowska, chcąc zatopić się w jedności z mężem. Mężem, który najwidoczniej zupełnie inaczej pojmował Miłość, który pragnął, czemu zresztą często w listach dawał wyraz, zachować swoją odrębność i podmiotowość, który nie chciał rozpłynąć się w jedności, a pozostać bytem osobnym. Z jego strony, wchodzenie niekiedy w konwencję zaproponowaną przez narzeczoną, było jedynie pewnego rodzaju grą i zabawą, wesołym stylem i nietuzinkową formą, podczas gdy dla Pawlikowskiej było życiem samym, najświętszą prawdą i całkowitą rzeczywistością…

Omawiany wcześniej romantyzm to też źródło specyficznej formy listów, braku granicy między życiem a literaturą. Zresztą, sama sytuacja jakby temu sprzyjała. Miłość Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej do Jana Pawlikowskiego była miłością romantyczną, gdyż zgodnie z konwenansami epoki była miłością zakazaną. Warunkiem wielkiej miłości romantycznej jest bowiem pojawianie się przeszkód na drodze realizacji uczucia, a następnie przezwyciężanie tych trudności. Ważna okazuje się rozłąka między partnerami; służy ona dramatyzowaniu miłosnej relacji, sprzyja silniejszemu przeżywaniu uczucia. W wizji romantycznej miłość nierozerwalnie jest związana z rozstaniem, cierpieniem, tęsknotą. Tymczasem do momentu uzyskania unieważnienia pierwszego małżeństwa spotkania zakochanych musiały odbywać się potajemnie. Jan Pawlikowski nie miał wstępu na Kossakówkę, nie mógł też oficjalnie wysyłać tam listów. Aura niemożności spełnienia uczucia podsycała je, wzmagała tęsknotę. Marii Pawlikowskiej towarzyszyła nieprzychylna opinia społeczna, która nie pochwalała unieważnienia małżeństwa, zwłaszcza z inicjatywy kobiety. Na Kossakówkę wprowadzono rygor i jasne zakazy, do których poetka nie była przyzwyczajona. Dla dobra córki zabroniono jej spotkań z Janem do momentu rozwodu, co napawało poetkę goryczą oraz poczuciem niesprawiedliwości, które w liście do Pawlikowskiego dyktowało jej takie słowa: „Prześladują nas i żyć nam nie dają – wszystkie języki na nas wyostrzone (…).” (Elżbieta Hurnikowa, Zarys monograficzny. Biografia Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, s. 81). W krąg symboliki miłosnej wpisuje się mistyka, filozofia, metafizyka. Używane zwroty zaczerpnięte zostają z porządku magicznego, do którego właśnie w ten sposób przypisany zostaje adresat listów. I znowu pojawia się magia…

Skończył się kolejny spirytystyczny seans. Lilka poszła na niego z ciekawości, trochę z przekory. Momo przed wyjściem załamywała ręce. Znowu idziesz na te duchy, zobaczysz Lileczko, to się wszystko źle skończy. Mamo, jak zwykle się martwisz na zapas – śmiała się Lilka czule – trochę ektoplazmy, czary mary i po wszystkim. Nic mi nie będzie, wrócę wieczorem. Mówiła uspokajająco, chociaż gdzieś w środku czuła, że nie można tego drugiego, niewidzianego świata lekceważyć. Gdy wróciła do domu, wszyscy już spali. Usiadła przy biurku. Przed oczami stanęły jej dziwne ciecze, roztwory buzujące w mieszkaniu sławnej spirytystki. Słoje zawierające kolorowe, kleiste mazie, rubinowe, czerwone, fioletowe kształty na ścianach. Cisza, którą można była krajać nożem i chować do kieszeni, tak była gęsta. Coś w liście do Jasia podyktowało jej następujące mniej więcej słowa, zbliżone do tych, pióro jakby samo pisało po białym papierze: Ty jesteś moim błogosławieństwem gorzkim i miłującym mnie zarazem, pięknością wszelką (…) To dusze wolne są błogosławione, w gęstej, bogatej ciszy rosną z wolna. Są niczym ciemnorubinowy kształt w wiecznym i nieprzemijającym roztworze szczęścia…

Czasem wyrywały jej się religijne na pozór porównania: „Mój najświętszy skrzydlaty mężu (…) uśmiechasz się do mnie miłosiernie (…)” (Elżbieta Hurnikowa, Zarys monograficzny. Biografia Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, s. 96). Lilka tak kochała Jana, że była dla niego gotowa zrezygnować ze swojej niezależności, której tak przecież jeszcze niedawno broniła w małżeństwie z Bzowskim. „Żyjemy jednym życiem na przekór wszystkiemu” (Elżbieta Hurnikowa, Zarys monograficzny. Biografia Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, s. 96) pisała, marząc wciąż o spotkaniu. Ta miłość uskrzydlała, ale też i dystansowała wobec innych, sprawiała, że poetka czuła się lepsza. Oto tylko oni, Maria i Jan, dostąpili tej wielkiej tajemnicy, tajemnicy niedostępnej innym, tylko oni byli godni ją odkryć. Jasiek był tym najmilszym, był całym życiem Pawlikowskiej, z którą połączyło go na wskroś tajemnicze uczucie. To uczucie i same myśli o połączeniu z kochankiem, powodują dreszcz grozy, co charakterystyczne dla omawianych listów, grozy mistycznej. Ta romantyczno- młodopolska miłość, jak na wielkie uczucie przystało, unosi kochanków ponad ludzi, jest wielka i szalona i co bardzo istotne, pochodzi od samego Boga, jest naznaczona przez wyższą siłę. Ale jak każda siła, która niesie rozkosz, jest jednocześnie straszna, grzeszna i zarazem święta, niedostępna dla ludzi słabych, ciemnych i zbyt chciwych.

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska nie przebywała tylko w krainie ducha, wręcz przeciwnie. Kraina ciała była jej bardzo bliska. Pisała o ciele, jego przemianach zachodzących pod wpływem czasu. To bardzo feministyczne, chociaż już obsesyjne dbanie o urodę już trochę mniej. To kolejny paradoks. Odrzucała tradycyjną rolę matki i żony, ale nigdy kobiety. Zawsze chciała być piękna, wzbudzać u mężczyzn podziw, być obsypywaną komplementami. Cierpiała, gdy w Anglii nie miała adoratorów, gdy nie czuła się spełniona jako kobieta. Wbrew feministycznym postulatom, ciało dla poetki było narzędziem uwodzenia, produktem przeznaczonym dla męskiego wzorku. Wyrywała się spod męskiej dominacji decydując się na nie posiadanie dzieci, z chęcią jednak na nią przystawała, gdy chodziło o adorację, podobanie się. Ciało i dusza stanowiły niepodzielną jedność, dlatego też i miłość do Jasia była przez nią postrzegana w kategoriach cielesnych.

Maria stanęła przed lustrem. Malutkie, zalotne usteczka, ciekawy profil, ogromne, błękitne oczy. Z figurą trochę gorzej, skrzywienie kręgosłupa jest coraz bardziej widoczne, za to nóżki już niczego sobie. Patrzy na siebie, uśmiecha się, przypomina wszystkie chwile z Jasiem. Dotknięcia rąk w kościołach, pocałunki, kradzione w bramach, zapach Jasia, który już wsiąkł w jej skórę, już jest nie do zapomnienia, jego ślady na jej ciele, wciąż widoczne tylko dla niej. Zakamarki oczu, ust, przemierzane pomału, wytrwale. Linie papilarne Jasia, które nagle odkrywa na swoich rękach. Wie już, że nigdy się nie rozstaną. Zawsze będą razem, bo on zawsze już zostanie w niej. Oddycha nim, czuje go, jest wciąż obok. Myśli o tym, czy ona jest związana tak ściśle z Janem, że nie mogłoby być niej bez niego, a on nie istniałby bez niej, tak jak serce bez krwi nie może bić? Bierze kartkę papieru, pisze, lekko pochyłym pismem: „Ty nie jesteś cudem w mym życiu przypadkiem szczęśliwym ale właściwością mojego życia. (…) Ty i ja to konieczność oczywista (…) Kocham Cię okropnie. Więcej tego jest jak mnie samej (…)” (Magdalena Samozwaniec, Zalotnica niebieska, Kraków, 1973 s. 111).