Poezja

Wiersze różne

P1090778

 

 

***

Barbarzyńcy zabrali mi Paryż

Ciche zaułki

Kręte uliczki

Małe kawiarenki

Gazeciarza

i wzgórze Montmartru

Upadek Rzymu po raz drugi

I tak

do końca świata

 

 

***

Franzowi Kafce

 

Jaka była twoja Praga?

Małe kamieniczki

wąskie ulice

chasydzkie śpiewy

i biedacy spod Mostu Karola

Z urzędu do fikcji

z akt do zamkowych pokoi

z bólu do wyobraźni

Franz – mówili – to ten, który się nigdy nie uśmiecha

Smutno uchylałeś rąbka kapelusza

chyłkiem przemykając na drugą stronę ulicy

Biorę cię teraz za rękę

Twój mały, niepozorny cień wędruje z moim

po Józefowie i Małej Stranie

W synagogach świecą się lampy

a Max Brod przekonuje o niemożności pisania po niemiecku

Jakby w ogóle słowa mogły oddać świat

– słyszę twój szept tuż obok mojego ucha…

 

Statki

Są miejsca, dryfujące w przestrzeniach jak statki

Gdziekolwiek się jest, zawsze się do nich wraca

żegnając bezpieczne lądy

tymczasowych przelotów

 

Tymczasem

Gdziekolwiek będę

dokądkolwiek pójdę

ty pójdziesz ze mną

 

Jak cień pod powiekami

jak woda, obmywająca dłonie

Jakby wszystko inne było dane tylko na chwilę

Tymczasem

***

Ta ziemi rodzi tylko kamienie, mówi,

wyciągając rakiję w plastikowych butelkach

z bagażnika starej zastawy

Nie ma nic, prócz fig i gai oliwnych

Gdy wyjadą ostatni turyści

zostanie sam

ze spaloną słońcem ziemią i bezkresem najbliższej zatoki

Sól od morza zostawi ślady na zniszczonych dłoniach

gdy pomacha smutno na pożegnanie

 

Spokój południowych miast

Mewy jak statki kołyszą się na falach zatoki

Spokój południowych miast

Nieśpieszność porannej kawy

Melancholia zaniedbanych podwórek przed domami z białego piaskowca

w których rybacy zapraszają do stołu, dzieląc się tym, czego nie mają

Kieliszek rakii na odchodnym

Tu nie mówi się „żegnaj” lecz „do zobaczenia”

 

Romeo

Ten uśmiech

gdy wśród przyjaciół szukał dla nas noclegu

Dwoje rozbitków na morzu z kamienia

 

Będzie dobrze – śmiał się, gdy zamykały się przed nami kolejne drzwi –

Mam łóżko i małą szopę

wróćcie gdy nie będziecie mieli gdzie spać

Sprawdźcie jeszcze u mojego kuzyna

Pytajcie o Romea

znają go wszyscy na tamtej ulicy

gdzie pachnie rybami

zmierzchem

i wiatrem od morza

 

Zapomniana melodia

Jesteś jak melodia, której nie da się zapomnieć

Cichy szmer na końcówkach rzęs

niewyraźny rytm w zakamarkach powiek

Piosenka

którą nuci się bezwiednie, przemierzając ulice obcych miast

chociaż od dawna nie pamięta się tytułu

ani refrenu

 

 

Pałac Diokclejana

Pod murami pałacu Dicoklecjana

zamiast śmierdzących ryb

czosnek za kunę

chińskie breloczki

i plastikowe kapelusze

Bruk pamięta namiestników i rzymską ciżbę

koczującą na obrzeżach pałacu

W oknach wychodzących na plac

suszą się prześcieradła i damska bielizna

Tam, gdzie obrabiano bawole skóry

apartamenty i zachodni turyści z akcentem z Newcastle

 

 Rybak

Całe jego życie to odrywanie skorupiaków od kamieni

Pod koniec dnia nie czuje, jak bolą zmęczone palce

Gdy przychodzi do domu

zapach morza unosi się w powietrzu

Jego syn też będzie rybakiem

Gdy przyjdzie czas

razem zarzucą pierwsze sieci

 

Powroty

Powrócić tam

gdzie figowce i oliwne gaje

Smak porannej kawy nad brzegiem oceanu

domowe wino

figi gospodarza za jedno dziękuję

Obcy jak swój

Portowe tawerny rozbrzmiewają tysiącem języków

wieża Babel, na której nikt nie pomieszał mowy

Znowu zagra muzyka

i pójdziemy tańczyć szalony taniec derwiszów na parkiecie w Primosten

Barman bez słowa poda nam piwo

bardziej niż gdziekolwiek

będziemy u siebie

 

Jabłka mojego pradziadka

Jak smakowały te jabłka dwieście lat temu, kiedy pierwsze drewniane belki

zwoził furman do doliny wśród beskidzkich lasów?

Czy tobie też po brodzie spływała słodko-winna strużka

którą wytarłeś niedbale, pobrudzoną koszulą?

 

Siedzę teraz tam, gdzie ty kiedyś

zanurzając usta w kwaśnej czerwieni

Jabłonie przetrwały wojny

zimy stulecia

Susze, deszcze i wiatry

co roku rodząc owoce, których nikt już nie zbierał

Zostanie po nas to, co nienazwane

Smak jabłek, które sadziłeś z uśmiechem deszczową jesienią

myśląc o tych, co przyjdą po tobie

Nitki babiego lata powiewające po dwóch stronach czasu

 

Praga

Czy idę po twoich śladach?

Mała Strana i Jozefów

giną pod błyskiem fleszy

Lekki uśmiech w kącikach warg

To ten, którym obdarzałeś Felice?

Podejść blisko, na tyle, by się nie oparzyć

ukryć się w słowach

jak w zamku

To co najpiękniejsze

To, co najpiękniejsze zdarza się, gdy na nie nie czekasz

W upalną noc w nadmorskim miasteczku

gdy żwir chrzęści pod stopami, jak miliony drobnych zdarzeń

 

W tawernie, gdy przy dźwiękach muzyki odnajdujemy się w szczelinach czasu

po latach samotnych wędrówek

 

Peryferia

Moje serce bije dla ciemnych zaułków

i zapomnianych knajp na obrzeżach miast

gdzie zlatują się kolorowe ptaki i

przyciszonym głosem pytają

„Masz papierosa?”

w samym środku stawania się świata