Proza

„Warszawski Trójkąt Bermudzki”

2-1

Opowiadanie „Warszawski Trójkąt Bermudzki”powstało w związku z konkursem „Licz się ze słowami” i swoją tematyką nawiązuje do prozy Marka Nowakowskiego, jednego z najbardziej cenionych przeze mnie autorów.

„Warszawski Trójkąt Bermudzki”

Śródmieście powitało nas jak dawno niewidziany, dynamiczny i kipiący życiem świat,  rozciągający się niczym delta rzeki po przekroczeniu ronda de Gaulle’a. Wchodziliśmy z trwogą i lękiem, a zarazem nie dającą się sprecyzować się ekscytacją, w dziwną przestrzeń Nowego Światu, którego rytm trwania wyznaczały małe wyspy dobrze znanych kawiarni; „Piotruś”, „Amatorska”, „Bajka” resztką sił opierały się nowoczesności.

Przez lata nieobecności zdążyliśmy zapomnieć plemienne spory i towarzyskie niesnaski, które dzieliły bywalców lokali; pamięć jednak odżyła, gdy tylko, wiedzeni dziwnym instynktem, po popołudniu spędzonym w „Bajce”, skierowaliśmy swoje kroki do „Piotrusia”.

Czarny Piotruś tętnił od rozmów i tonął w papierosowym dymie. Ile nas tu nie było? Dwa lata? Pięć? Dziesięć?

Daty zlewają się, dni układają w jedno pasmo czasu, tak boleśnie teraz odciskającego piętno na naszych pomarszczonych twarzach, odbijających się w lustrach „Amatorskiej”. Tam też wstąpiliśmy, gnani palącym przymusem nadrobienia straconych lat. Czy zwierciadła zachowały nasze jasne odbicia dawnych twarzy? Nie mieliśmy odwagi zapytać siebie nawzajem, chociaż każde z nas miało nadzieję, że w „Amatorskiej” zobaczy siebie z przeszłości.

„Trójkąt Bermudzki”, zwykł mawiać Maurycy o trzech warszawskich kawiarniach, gdy błądząc znanymi sobie ścieżkami, przepadał na parę dni w mroku „Piotrusia”, finalizując podejrzane transakcje lub gdy spędzał długie godziny na filozoficznych dyskusjach w „Bajce”. Nad ranem znaleźć go można było w „Amatorskiej”; zwielokrotnione odbicie odpędzało samotność.