Proza

„W domu na polanie” fragment powieści

DSC_0831

Fragment opowiadania „W domu na polanie” pt. „Aurelia”.

Spotkaliśmy się pewnego dnia, może w poniedziałek, może we wtorek, może w piątek, nie pamiętam już czy w słońcu czy w deszczu, czy pod niebem błękitnym i czystym czy może gniewnym, złowrogim, pełnym burzowych chmur, zresztą to nie jest najważniejsze. Zobaczyliśmy się chyba w klubie, jednym z tych głośnych, dusznych i zatłoczonych miejsc, gdzie trzeba krzyczeć żeby cokolwiek powiedzieć, gdzie przychodzi się tylko po to, żeby zdać sobie sprawę że najszybciej przemija młodość i że istnieją taki chwile, które nie mieszczą się w zbyt ciasnych słowach.

Zaraz, a może to nie było tam? Może to było w parku albo w kawiarni albo, o prozo życia, w zwykłym sklepie albo w jakimś brudnym, dusznym, warszawskim tramwaju? Wszystko mi się nakłada, odkąd wyjechałam z Warszawy, z tego miasta hybrydy, tego betonowego molochu o ludzkiej, niezwykle zmiennej twarzy, które równie mocno karze co nagradza, które płacze deszczem zimnym, obcym, dalekim i świeci słońcem przyćmionym, zbyt gorącym, zbyt zlanym z tym rozedrganym powietrzem na tramwajowych szynach, z asfaltem dróg i chodników. Nieważne gdzie to było-najważniejsze, że się spotkaliśmy, chociaż tak naprawdę nie musieliśmy i w ogóle mogliśmy się nigdy nawet nie zobaczyć, nawet w przelocie, nawet na przejściu dla pieszych, nawet na przystanku, słowem -nigdzie.

A jednak teraz, kiedy czytam te słowa, których skreślić nie mogę, bo one już istnieją już są, i nawet gdybym je skreśliła, to one nadal by istniały gdzieś poza kartką, poza tym skrawkiem rzeczywistości, jasno i wyraźnie widzę, że nie jest to dobry początek książki. Każda książka o miłości się tak zaczyna, a to nie ma być książka o miłości, tylko o dwojgu ludzieńkach, którzy się spotkali zupełnie przypadkiem, tak właśnie jak wszystko w życiu się dzieje przypadkiem i zupełnie nieoczekiwanie.

I o tym jak to pomalutku szli ku sobie odkrywając lądy własnych pragnień i małe wysepki przyzwyczajeń. I o tym jak w końcu…chociaż nie, ta historia nie ma przecież końca, tak jak żadna opowieść nigdy tak naprawdę się nie kończy, bo zawsze pozostaje coś poza nią, zawsze zostają czyjeś sukienki w groszki, porozrzucane krawaty, ślady rąk na poduszkach, zwiędłe kwiaty w wazonie i krople łez na szybach. Zawsze zostaną kubeczki z pourywanymi uszami pamiętające doskonale zapach porannej kawy i każdy dotyk dłoni chociaż pewnie nikt już o nich nie napisze. Tak samo jak nie napisze o posklejanych talerzach, śladach ust na lustrach co dzień starannie zmywanych, o wytartych butach i przepalonych swetrach, o książkach bez okładek i zatłuszczonych gazetach. I nikt nawet nie pomyśli, że bez tych wszystkich wciąż obojętnie mijanych rzeczy, namacalnych rekwizytów codzienności, każda historia wydaje się jakaś kulawa, niepełna, dziwnie czegoś pozbawiona.

Oho…kolejna ćma przylepiła się do monitora, mknąc do ciepłego światła lampy; pomyliła je z zimnym ekranem komputera. Kiedy tak z uwagą jej się przyglądam, to myślę sobie, że te stworzenia są jednymi z najbardziej nieszczęśliwych na świecie-panie nocy, rozpaczliwie pragnące światła, królowe ciemności szukające wiąż ciepła naftowej lampy, nie mogące żyć bez tego, co nie przynależy do ich świata.

Patrzę na nią, na stworzenie nie zdające sobie sprawy ze swego jestestwa i próbuję sobie przypomnieć czy Aurelia, ta przedziwna istota, która nagle po prostu zjawiła się w naszym domu lubiła ćmy. Nigdy mi o tym nie wspominała, bo kto teraz zajmuje się ćmami kiedy wszyscy mają na głowie spłaty bezsensownie zaciągniętych kredytów, zakupy w Geancie i losy bohaterów kolejnych seriali, zresztą kiedy do nas przychodziła to zwykle milczała, po prostu tym milczeniem budowała dookoła siebie niewidzialne, cienkie ściany przez które tylko czasami udawało się mi przejść.

Gdy wskrzeszam w pamięci tamte deszczowe i jesienne dni, kiedy Aurelia prawie, że zadomowiła się w naszym małym domku przycupniętym w samym środku podhalańskiego lasu, gdzie ćmy i inne nocne istoty nie odstępowały nas nawet na krok, widzę wyraźnie, że miała ona sobie coś z tych stworzeń nocy, czarnych motyli zepchniętych brutalnie w mrok.

Początkowo Aurelia przychodziła co jakiś czas, siadywała na werandzie na moim ulubionym bujanym fotelu na którym jakoś wszystko cudownie się układało i wracało do normy, świat leciutko kołysał się, odzyskiwał właściwe proporcje, piła herbatę z malinami i po prostu milczała wpatrując się w przestrzeń przed nią jakby chcąc ją przebić wzrokiem. Nie od razu polubiłam ten dom, który odkupiliśmy od jakiejś starszej pani, która koniecznie chciała się stąd jak najszybciej wyprowadzić, zamieszkać w mieście i jak to ona zabawnie mówiła- żyć jak człowiek. Jak na ironię dokładnie z tego samego powodu niezwłocznie zgodziliśmy się na jakąś straszną i kompletnie zawyżoną sumę pieniędzy- byle jak najszybciej wyprowadzić z miasta i zacząć żyć po prostu normalnie bez tych rzeczy zbędnych, asfaltów i wiecznie śpieszących się ludzi, bez krzywych spojrzeń, pustych, szklanych oczu i modnych koszulek.

„Każdy dokądś ucieka, chce coś za sobą zostawić, bo mu się wydaje że można tak po prostu odejść i że nic się nie stanie, ziemia będzie się kręcić jak dawniej,wy uciekliście tutaj.

Nie wiem, czy znajdziecie tutaj to, czego niby szukacie”. To są jej słowa, z tych niewielu jakie do mnie powiedziała z mojego ulubionego wiklinowego fotela, zanurzając usta w malinowej herbacie. Pamiętam, że deszcz wtedy lał jak z cebra, jakby wszystkie anioły zaczęły zapłakały nagle nad nami albo nad sobą i było strasznie zimno, przeszywający chłód wciskał się w kąty, wypełniał kuchnię, zadomowił się w moim pokoju i ani myślał stamtąd odejść. Miałeś przyjechać dopiero za tydzień więc leżałam na podłodze przykryta po czubek nos śpiworem, grzana ciepłem ukochanego Brudera, który cały dygotał z zimna, zła, wściekła i rozgoryczona bo oprócz psa, śpiwora, lampy, kuchenki gazowej i koca, który natychmiast zarekwirowała Aurelia nie miałam nic. Nawet kot odszedł gdzieś już pierwszego dnia gnany zewem nagle darowanej, nieoczekiwanej wolności i ani myślał wracać.

Okazało się że do najbliższego sklepu jest dwa kilometry drogi, najbliższy dom w sąsiedztwie mieści się jakieś 20 minut stąd, o innych rzeczach już nie wspominając. Nie bardzo słuchałam co mówiła Aurelia, bo jedynie co mnie wówczas zajmowało to to, że jest mi zimno, że wszystko układa się jakoś nie tak, inaczej niż powinno.

Te słowa dotarły do mnie dopiero kiedy Aurelia wyszła, jak zwykle nic nie mówiąc, cicho, bezszelestnie. Zdaje się, że wspomniała że czasem to co nieoczekiwane staje się najbliższe sercu ale nie jestem pewna czy to nie jest jedno z tych zdań, które po przeczytaniu w jakiejś książce wpisują się w życie, krążą ciągle gdzieś dookoła, będąc zawsze na wyciągnięcie ręki, na każde niemalże zawołanie.

A więc to był ten mój wymarzony raj? Wyśniony, wyczekiwany, nie mieszczący się nawet w granicach mojej wyobraźni? To moje tak zwane miejsce na ziemi, nowo odkryty a jednak doskonale znany ląd? Te surowe, drewniane ściany, ten okropny chłód i niesłabnący deszcz? Ja, która uwielbiałam słońce i ciepłe dni, kiedy czułam, że otaczają mnie ludzie, których kocham i którzy mnie kochają, która myślała, że słońce wschodzi i zachodzi kiedy ja tego chcę, że świeci wtedy kiedy ja mam na to ochotę, a deszcz pada tylko wtedy, kiedy coś we mnie płacze cichutko, kołacze się po sercu, bezsensownie szamocze w samym środku, miałam siedzieć tutaj, całkowicie odcięta od tego co jeszcze w swojej naiwności nazywałam światem?

Ja, przyzwyczajona do płaskich ulic, horyzontu pokrytego czubkami wieżowców na swój sposób lubiąca ten nieustanny szum i łoskot, ten hałas, który z czasem stał się cichą, ledwo dostrzegalną melodią miasta, miałam spędzić jakiś nieokreślony czas tu, prawie że na końcu świata? Gdzie wszystko jest daleko od siebie, gdzie nie można na niczym zawiesić wzroku bo wszystko jest wszędzie, każda pojedyncza rzecz jest tylko cząstką nieokreślonej, wielkiej przestrzeni, gdzie góry wciąż trwają jak trwały cokolwiek by się nie działo, gdzie jest tak przeraźliwie, spokojnie i cicho?

I myślałam, że się poddam. Że nie wytrzymam i wyjadę do tego wszystkiego, co już tak dobrze znałam, czego tak nienawidziłam i kochałam zarazem, że porzucę to miejsce na krawędzi świata i ten dziwny dom, który jakby wciąż nieustannie do mnie mówił, jakby cały czas nucił jakąś sobie tylko znaną melodię z dawnych dźwięków, odgłosów, kroków tych, co tu mieszkali.

„On mówi. I cały czas nuci. Posłuchaj”. Jak zwykle rzuciła te słowa niedbale, prawie że burknęła je pod nosem i dalej siedziała zapatrzona w zachodzące słońce. Poczytywałam sobie to za zaszczyt, w końcu powiedziała do mnie już dwa zdania, co prawda ledwo dosłyszalnie ale to zawsze dwa pełne zdania, forma kontaktu, która dawała mi nadzieję na coś dalszego, kiedy prawie ją straciłam bowiem już cztery dni z rzędu przychodziła tu i nic nie mówiła.

Jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy zapytać dlaczego to robi. Pewnego dnia popołudniu po prostu przyszła i zapytała, czy może usiąść na chwilę na werandzie. Bezwiekowa, szczupła kobieta mogąca mieć tak samo 50 co 80 lat, z ogromnymi szarymi oczami i czarnymi włosami. Skinęłam głową, w końcu nikogo tu jeszcze nie znałam, a nie chciałam narobić sobie wrogów jakby naiwnie wierząc, że to się komukolwiek udało, pomyślałam że to może jakiś tutejszy zwyczaj, rodzaj powitania. Poczęstowałam ją herbatą z malinami i dalej podłączałam elektryczna kuchenkę. Jakoś nie dziwiło mnie, że siedzi i nic nie mówi, jakby ten fakt był najbardziej oczywisty, jakby było to zupełnie normalne, przyjść do kogoś zupełnie obcego, usiąść nic nie mówić, popijać herbatę i patrzeć przed siebie.

Po jakimś czasie weszłam na werandę, ale je już nie było. Nie zdziwiłam się zbytnio, jakby wiedząc, że kiedyś to nastąpi tylko trochę było mi żal, że się nie pożegnała i nawet nie podziękowała za herbatę. Wciąż żyłam życiem miasta, gdzie każdemu za wszystko trzeba dziękować i zawsze się żegnać, nie zdając sobie sprawy, że dla Aurelii było oczywistym, że dostała herbatę, że nie jest to żadna przysługa ani dar tylko rzecz jak najzupełniej normalna, za którą się nie dziękuje, tak samo jak nie dziękuję się za otwarcie drzwi temu, kto cię zaprasza. Niepomna, że Aurelia wcale nie musiała się żegnać skoro miała się tu pojawić za dwa dni o tej samej porze, myślałam nad jej rzekomym brakiem taktu i zwykłej uprzejmości.

Po co się żegnać zamykając coś tym samym, zamykając czas i kończąc pewną epokę skoro on wciąż płynie? Teraz to rozumiem, nabrałam jakiś dziwnych, zupełnie nowych nawyków, przyzwyczajeń; pewne rzeczy już mnie po prostu nie dziwią ale wtedy, kiedy przyjechałam tutaj zupełnie obca, nienaturalnie wyrwana ze swojego środowiska poczułam się jakaś urażona wciąż myśląc, że ta herbata była moja i ona powinna mi była za nią podziękować .Dopiero potem zrozumiałam, że była ona tak samo moja jak i jej, tak samo jak te lasy i góry dookoła, jak ten dom i jak to nieprzewidywalne, rozkapryszone niebo nad nami.

Nagle przypomniały mi się jej słowa, te pierwsze które do mnie powiedziała, które wtedy były jakieś puste, odległe, jakby nie tyczyły się nas ale kogoś obcego, nie pasowały do tego domu, nie chciały tutaj znaleźć swojego miejsca a przecież były prawdziwe. „Każdy dokądś ucieka, chce coś za sobą zostawić bo mu się wydaje, że można tak po prostu skądś odejśći że nic się nie stanie, ziemia będzie się kręcić jak dawniej, wy uciekliście tutaj. Nie wiem czy znajdziecie tutaj to, czego niby szukacie”. Wtedy dopiero zdałam sobie sprawę, jak bardzo ma rację, że przecież ja uciekam, cały czas uciekam. Teraz w ten mały domek, w podhalańskie lasy, w ten śpiwór ledwo co dający trochę ciepła a jutro jeszcze gdzie indziej. I że może trzeba zwolnić. Ale to była tylko chwila, tylko jej ułamek, błysk który równie szybko się pojawił co zgasł.

Wtedy też zaczęłam uczyć się go słuchać. Tego domu, który wciąż do mnie mówił, chociaż ja na to nie zwracałam uwagi. Właśnie w takich chwilach, kiedy leżałam zła w tym przeklętym śpiworze, padniętą komórką, on zaczynał mówić, jakby mi na złość. Aurelia wtedy siedziała jeszcze chwilę, po czym wolno wychodziła. A ja leżałam tak dalej zmarznięta, jakoś dziwnie wewnętrznie spokojna, rychło zapomniałam o tobie i słuchałam, nieprzerwanie słuchałam mowy tego domu, który śpiewał wewnętrznym ciepłem, tego jeszcze z letnich łąk, tych lasów i tego słońca ,tym sufitem wymagającym natychmiastowego remontu, tą parą krzeseł z wypaczonymi nóżkami, z poręczami uformowanymi przez czyjeś dłonie… W końcu usnęłam ukołysana tym ciepłem, tym spokojem płynącym z drewna, tym czystym światłem gwiazd niby dalekich, a przecież na wyciągnięcie ręki, spadających i wciąż rodzących się od nowa.

Opowiadanie „W domu na polanie jest dostępne w formie e-booku:

Nowy świat

fot. Elżbieta Mazoń