Proza

Teraz jesteś wolny

chmury

Teraz jesteś wolny

Było pochmurno i zimno. Wcześniej zza chmur przebłyskiwało nieśmiało słońce, lecz w jednej chwili świat oblekła szarość. Szarość lepiąca się do rąk. Szarość, która jak smoła utrudniała kroki i kazała stopom grzęznąć w asfalcie jak w bagnie. Szarość, która wkładała w usta kamienie zamiast słów.

Droga była długa i wydawało ci się, że nie ma końca; jednak coś wciąż popychało cię do przodu i kazało ci iść. Nie potrafiłaś już płakać; słone krople wsiąkły w prześcieradło, w poduszkę, w rękawy koszul, swetrów, w nigdy nie wysłane listy, stoczyły się po wciąż oglądanych, zatłuszczonych, pomazanych zdjęciach, wycinkach z gazet. Porozwlekałaś je po ulicach, parkach, nocnych lokalach, miejskich spelunkach.

Wystarczyłoby zajrzeć pod rękawy twojego palta, by zobaczyć czerwone ręce, pełne śladów powbijanych paznokci i uszczypnięć. Zadawałaś sobie ból,  aby cokolwiek poczuć, sprawdzić czy przypadkiem nie śnisz.

Zaczęłaś wątpić w realność przeszłości. Zdarzenia dotychczas błahe i nieważne układały w ciąg fantastycznych wypadków; odzierałaś je umyślnie z rzeczywistości, tak że nic już nie pozostawało poza zwykłym gestem, spojrzeniem, chowanym na dnie szuflady. Poza  odgłosami kroków, zapachem przechowywanym na dole szafy; poza przeszłością, która nagle stała się tak odległa, dziwnie nierealna, bliska i daleka zarazem, poza fotografią, swetrem, listem, biletem w jedną stronę nie miałaś nic. Nieustannie dręczyło cię pytanie: skoro nie mam już nic z tamtego czasu, to może tego czasu nigdy w ogóle nie było? Może był wymyślony, wyśniony, egzystujący nie tylko poza realnością ale i poza mną?

Zaczęłaś  zatem tropić przeszłość w ludziach i w miejscach, w zapatrzeniach oraz w znajomych zapachach. Coraz częściej zdawało ci się, że P. idzie ulicą, stoi pod murami, pali papierosa. Twoją obsesją stali się inni ludzie; przyglądałaś się ich twarzom, jakby w nich miała się odbić jego twarz, zaczęłaś uważnie przypatrywać się dłoniom innych, jakby miały się odbić w nich jego dłonie, łapczywie, zachłannie słuchałaś cudzych słów i odnajdywałaś w mowie innych jego słowa, tropiłaś jego zapach i czasem znajdywałaś: w bramach, gdzie razem przeczekiwaliście deszcze, w piwnicach, gdzie kradliście chwile czasu, w miejscach gdzie poznawaliście dokładnie, punkt po punkcie mapy swoich ciał. W kocich łbach, które przechowały skrupulatnie wasz wspólny zapach, w ubraniach, poszewkach, prześcieradłach, w zakamarkach ulic, podejrzanych zaułkach, mało uczęszczanych drogach.

W końcu odkryłaś, że zapach P. masz w sobie na zawsze; że on zapisał się w liniach papilarnych twoich dłoni, w tęczówkach, na powiekach, końcówkach rzęs. Czasami, patrząc przed siebie, obudowywałaś się niewidzialnymi ścianami prawdopodobnych sytuacji, które stałyby się, gdybyś zdążyła.

W czasie pochówku trzymałaś emocje na wodzy, a przynajmniej tak wszystkim się wydawało. To co działo się wokół ciebie widziałaś z zewnątrz, jakbyś stała obok i przyglądała się biegowi wydarzeń, jakbyś nie miała ciała. W środku byłaś rozbita na milion drobnych kawałeczków, odłamków chwil zdarzeń, fragmentów minut.

Stanęłaś z boku z Michałem i powiedziałaś:

— Daj mi papierosa. Muszę zapalić bo zaraz zwariuję. Swoją drogą, nie spodziewałam się, że przyjdzie tylu ludzi.

Michał podał ci ogień i papierosa, blady jak ściana, z podkrążonymi oczami, jakby zdjęty z krzyża, jakkolwiek banalnie by to brzmiało. Twoje ciało się trzęsło, ręce dygotały, z trudem trzymałaś papierosa i zapalniczkę, dopiero jak zaciągnęłaś się dymem to nerwy trochę ci puściły i się uspokoiłaś.

— Chodź. Musisz…musimy iść dalej – powiedział Michał, jakby bez przekonania – nie możemy wciąż tu stać.

— Dalej? Przecież nie ma żadnego dalej – papieros rozluźniał cię coraz bardziej – nie wiem, może dla ciebie jest, w końcu wiedziałeś o tym od dawna ale ja? Na co ja liczyłam przyjeżdżając tu, że co, że on nagle wstanie z tej metalowej puszki i wszystko okaże się po prostu nieprawdą?!!

— Chodź chodź – Michał nie dawał za wygraną.

Jego spokój zwyciężył. Wiedział, że jeśli za moment się nie ruszycie, to zostaniecie tu na zawsze; a nie mogliście. Oboje. I on o tym dobrze wiedział.

Michał popatrzył na ciebie inaczej niż zwykle, jakby pytająco. Nigdy nie zrozumiał, dlaczego rozstałaś się z P. Bywał świadkiem waszych kłótni, nieraz was godził, ale pamiętał, że były to kłótnie dwojga ludzi, którzy się kochali, mimo furii i wściekłości, w jaką wpadaliście.

Dobrze wiedział, że będąc tak nieznośnie blisko jak ty z P., trudno się nie kłócić. Będąc tej samej gliny i jednocześnie tak różnym. Patrzył na ciebie i przypominał sobie, jak wyglądałaś kilka tygodni przed rozstaniem z P. Ciągle na kacu, z papierosem w ustach, zrezygnowana, niepewna, obojętna i ewidentnie zmęczona, teraz tryskałaś wewnętrznym optymizmem oraz radością. Emanowałaś spokojem kogoś, kto w końcu znalazł sobie swoje miejsce, który jest pewien każdego następnego dnia i człowieka, który jest obok. Może trochę pobladłaś, coś w tobie zgasło, nie miałaś już w oczach tamtych iskierek i trudno było mu uwierzyć, że polubiłaś swoje nowe życie, ale ewidentnie tak było.

Słowa Michała na ciebie podziałały. Wstałaś, zgasiłaś papierosa i powiedziałaś:

— No to idziemy.

Michał na pogrzebie obawiał się histerii z twojej strony, jednak ty zachowywałaś wewnętrzny spokój. Przez czas, gdy się nie widzieliście nabrałaś pewności siebie; nie byłaś zakochaną, szaloną dziewczyną, lecz kobietą świadomą swoich celów. Nie płakałaś, chociaż wyło w tobie wszystko; czułaś, jakby ktoś odciął część twojego ciała. Nie wierzyłaś w to co się dzieje i ciągle przed oczami miałaś przeszłość, której już dawno nie było.

Michał nie miał do ciebie pretensji. Zastawiał się, czy P. chciał, żebyś taką właśnie się stała, ale nie potrafił znaleźć odpowiedzi. Czasami odzywały się w tobie dawne nawyki; widział po twoich rysach, po uśmieszku, jaki przemykał przez twoje usta na widok niektórych ludzi, po kpiącym wyrazie twarzy. I po oczach; wciąż tak samo przenikliwych, badawczych, przyglądającym się rzeczywistości oraz ludziom jakby widziały coś poza nią. Inteligentnych. Innych niż wszystkie.

— Wiesz Michał – mówiłaś patrząc daleko przed siebie – ja Ci nigdy nie podziękowałam za nasze wspólne wieczory, spotkania. Za Twoje przywitania i „trzymajcie się”. Nigdy nie powiedziałam Ci, ile to dla mnie znaczyło, jak było ważne.

— Daj spokój – bagatelizował – to nic wielkiego. W końcu byłaś dla niego najważniejszym człowiekiem w życiu…

— Chyba jednak nie byłam, skoro nic nie wiedziałam – byłaś smutna i zła zarazem – Zresztą nieważne. Ja po prostu chciałam żebyś wiedział, że…

— Wiem wiem – przerwał ci  – po prostu wiem.

Doszliście do końca alejki. Wydawało ci się, że pochówek trwał bardzo krótko, chociaż w rzeczywistości uroczystość ciągnęła się ponad godzinę. Położyłaś różę na mokrym kopcu gliny i stanęłaś z boku. W końcu zostaliście sami.

— Muszę już iść – powiedziałaś spokojnie, wypalając kolejnego papierosa.

— Wiem. Oboje musimy – ale Michał stał dalej, jakby wrósł w ziemię – zadzwoń czasem jak będzie ci źle, jak będziesz miała ochotę pogadać.

— Postaram się – powiedziałaś chociaż wiedziałaś, że w najbliższym czasie nie zadzwonisz. Nie otwiera się raz zamkniętych drzwi, chyba że przypadkiem – Trzymaj się.

Dopaliłaś papierosa i wgniotłaś go w ziemię. Uściskałaś Michała i powoli odeszłaś.

„Teraz jesteś wolny” – pomyślałaś, zerkając ostatni raz na stos kwiatów.

W połowie alejki dyskretnie obejrzałaś się za siebie. Michał stał i patrzył jak odchodzisz. Po jego twarzy przemknął lekki uśmiech, na co odpowiedziałaś mu tym samym.

Postał jeszcze chwilę,  po czym sam odszedł w swoją stronę.

 

 

chmury