Moje impresje

O kulturze i „Paszportach Polityki”

5603908062_576f49e5e0_b

Po raz kolejny gala wręczenia Paszportów Polityki nie obyła się bez skandalu, jednak w tym roku spór nie dotyczył, jak przeważnie, samych nominacji lub osób nagrodzonych, lecz wystąpienia zwycięzcy konkursu w dziedzinie literatury, Zygmunta Miłoszewskiego, który odważył się w krótkich słowach podsumować stosunek państwa do kultury. A że były to słowa mało eleganckie czy nieszczególnie wyszukane (być może niektórzy po literacie spodziewali się czegoś więcej), to wiemy wszyscy. Pytanie tylko, na ile ta diagnoza, i czy w ogóle, była trafna. Nie mnie to oceniać – nie walczę z instytucjami państwowymi o stypendia czy dotacje, nie staram się przebić ze swoja twórczością do państwowych mediów – robię swoje na tyle, na ile pozwalają mi na to czas i siły, lecz jednocześnie obserwuję co się dzieje dookoła i mam na ten temat parę własnych spostrzeżeń.

W mediach, również tych państwowych, kultura wysoka (w tej chwili nawet ta wysoka z nieco niższej półki) istnieje jedynie w niszach, i to niszach czasoprzestrzennych. Podczas gdy na kanałach publicznych w najlepszym czasie antenowym królują z roku na rok coraz głupsze wszelkiej maści kabarety, kabaretony etc., dobre filmy, reportaże, wywiady oraz programy publicystyczne tłoczą się w zasadzie na dwóch dość niszowych stacjach, a jeśli już goszczą na kanałach najbardziej popularnych, to zwykle w godzinach, w której większość z nas smacznie śpi. Swoją drogą, stworzenie kanału TVP Kultura było sprytnym wybiegiem Telewizji Polskiej – wszystko co dobre i nieco bardziej inteligentne zostało wtłoczone do jednego programu, który ogląda garstka zapaleńców i odmieńców, którzy wybierają ambitne kino zamiast nadawanych non stop amerykańskich filmów klasy D i ciągnących się w nieskończoność powtórek.

Po co większości serwować coś, co ma inny smak, jest trudniejsze, czasem mniej strawne i wymaga odrobiny myślenia? Po co pokazywać wywiady na najwyższym poziomie z najbardziej znamienitymi osobowościami kina, teatru czy literatury kiedy można za wzór stawiać rozmowy popularnych prezenterów

z afrykańskimi szamanami? A że społeczeństwo, zamiast iść w górę, rozwijać się, kształcić, będzie się cofać? Jak widać, ten problem nie zajmuje Ministerstwa Kultury ani innych organów państwowych odpowiedzialnych za tzw. politykę kulturalną. Czyżby mecenat państwa nad kulturą tak bardzo kojarzył się nam niechlubnym czasem PRLu, że nawet po 25 latach wolności państwo nie jest w stanie stworzyć żadnego całościowego programu, który by kulturę wysoką promował i rozpowszechniał a przynajmniej zachęcał do jej odkrywania na własną rękę? Oczywiście, powie ktoś, przecież promuje się książki popularnych autorek, popularyzując tym samym czytelnictwo. Zgoda. Szkoda tylko, że są to od paru lat wciąż te same nazwiska, a młodzi artyści nie potrafią i nie są w stanie przebić się ze swoją twórczością do szerszego grona odbiorców. Polska „Bridget Jones” i wszelkie tym podobne twory (celowo nie używam słowa powieści), wyrosłe jak grzyby po deszczu, to zdaje się ulubiona lektura polskiego społeczeństwa. A szkoda – tyle jest twórców, którzy piszą, wydają, mają swoich czytelników, a jednak nie są znani, tylko dlatego, że zabrakło reklamy i promocji właśnie w mediach publicznych. Mogłabym jeszcze długo tak dywagować – nad rolą państwa w kulturze, nad tym, na co idą również moje podatki, nad stypendiami oraz funduszami dla młodych ludzi, lecz nie ma tu na to miejsca.

Na koniec nasuwa mi się jeszcze jedna refleksja: Czesław Miłosz pisał o „życiu na wyspach” mając na myśli amerykańskie uniwersytety, będące ostoją kultury

i inteligencji na morzu amerykańskiej głupoty. Mam wrażenie, że jeszcze trochę

i będziemy mogli powiedzieć to samo o naszej sytuacji: będziemy żyć na wyspach niszowych stacji, kanałów radiowych, pism, książek oraz niszowych mediów. Szkoda tylko, że widzą to wszyscy inni oprócz państwowych decydentów, których Zygmunt Miłoszewski tak „miło” przywitał na gali Paszportów Polityki.