Moje impresje

Moje zakapiory

zakapiory_bieszczadzkie-carpathia

Bieszczady1

Moje zakapiory

 

Zakapiory; ludzie żyjący w bieszczadzkiej głuszy, na łonie natury, wedle własnych reguł i zasad… Ileż o nich powstało piosenek, wierszy, artykułów, legend oraz lokalnych opowieści… Jedni przedstawiają ich jako oryginalnych artystów, ludzi niepokornych, chcących żyć inaczej niż wszyscy i to pragnienie realizujących, inni zaś wydymają szyderczo usta: „Zakapiory? — Dziwią się. — Przecież to zwykli alkoholicy, menele, element, ludzie, którym w życiu nic nie wyszło, bezdomni, którzy na swojej biedzie i niedopasowaniu społecznym teraz zdobywają sławę”…

Wychowana na piosenkach Starego Dobrego Małżeństwa, nasiąknięta do szpiku kości tekstami i legendą Edwarda Stachury, wreszcie żyjąca przez wiele lat mitem Bieszczad postanowiłam wybrać się wraz z mężem pewnego lata tropem bieszczadzkich zakapiorów po to, aby przekonać się, ile jest prawdy w poetyckich opowieściach na ich temat.

Było już dawno po sezonie, więc znalezienie noclegu nie trwało zbyt długo; szybko zakotwiczyliśmy w skromnym, drewnianym domku niedaleko jeziora. Nie tracąc czasu, zapakowaliśmy mapy oraz inne niezbędne rzeczy i udaliśmy się w drogę. Na początek postanowiliśmy rozpytać miejscowych o zakapiory; w końcu kto inny jak nie oni będzie wiedział najlepiej, gdzie ich szukać.

Widząc gospodarza krzątającego się wokół swoich nowych, luksusowych, murowanych domów na wynajem, zapytaliśmy o jednego z zakapiorów; tego, który w Bieszczadach zaczynał wszystko do zera i o którym już wcześniej dość sporo słyszeliśmy.

— Panie, — odpowiedział na nasze pytanie gospodarz; młody człowiek, tryskający energią i zdrowiem — on to teraz jest już biznesman pełną gębą, kokosy zbija. Dotacje dostał, ma piękne przedsiębiorstwo agroturystyczne, domki luksusowe wynajmuje, nawet od gminy skutery śnieżne dostał za darmo!

Popatrzyliśmy na siebie… Z każdym słowem gospodarza oczy robiły nam się coraz bardziej okrągłe ze zdziwienia, a szczęki opadały coraz niżej…  Jego opis nie tylko nie zgadzał się z naszym wyobrażeniem zakapiora, ale, co dziwniejsze nijak miał się do zdjęć i opisów poszukiwanego przez nas siedliska, które znalazłam w internecie. Upewniwszy się, że mówimy o tej samej osobie, podziękowaliśmy za informację i ruszyliśmy dalej w poszukiwaniu rzekomego agroturystycznego raju.

Po kilku godzinach błądzenia samochodem po okolicy i niewiele krótszej wędrówki leśną ścieżką przez chaszcze, krzaki i stromizny, naszym oczom ukazała się polana, a na niej skromny, niewielki, drewniany domek i dwa inne, przeznaczone dla gości. Nieopodal stał agregator prądotwórczy, z daleka widać było mały skalniak, po którym harce urządzały koty, dookoła biegał pies, w oddali zobaczyłam stado pasących się koni. Po chwili z traktora zszedł gospodarz, którego każda zmarszczka na twarzy była świadectwem ciężkiej pracy, której nie zaprzestawał nawet teraz, w niemłodym już wieku.

— Skąd idziecie? — Podał nam swoją poharataną, pooraną bruzdami wysiłku dłoń, noszącą ślady jeziornych przepraw. — Z daleka? — Zapytał jak starych znajomych, chociaż widzieliśmy się pierwszy raz w życiu.

Nie wiem, kiedy minął tamten dzień, czas płynął chyba swoim, zupełnie innym niż gdzie indziej rytmem… Picie kawy z gospodynią na drewnianej ławeczce przed domem, rozmowy o życiu i o zwykłych, codziennych drobiazgach, spacery z psem po okolicy, przebywanie z końmi, słuchanie ciekawych opowieści gospodarza, który szczerze roześmiał się na słowo zakapior:

— Zakapior? — Do dzisiaj mam przed oczami jego rozweseloną twarz. — Jaki tam ze mnie zakapior, artysta? Ciężkie surowe  życie, wypełnione fizyczną pracą, ale za to w otoczeniu przepięknej, wspaniałej, dzikiej przyrody. No i jaka satysfakcja! Chciałem się sprawdzić i udało się, wszystko zacząłem od zera i stworzyłem to miejsce. Ale żeby od razu zakapior? Eee…

Opowiedział nam jeszcze wiele historii ze swojego życia i kolei losu, które sprawiły że wylądował właśnie tutaj. Słuchałam zaciekawiona, a w uszach wciąż dźwięczały mi słowa: „biznesman pełną gębą… przedsiębiorstwo agroturystyczne… kokosy robi…” i rozglądałam się bezradnie dookoła, szukając chociażby śladów tego niebotycznego ponoć luksusu oraz agroturystycznego przedsiębiorstwa, ale uporczywie przed oczami mojej wyobraźni pokazywały się jedynie murowane domki w popularnym, bieszczadzkim kurorcie…

W trakcie pobytu w Bieszczadach odwiedziliśmy jeszcze kilku tak zwanych „zakapiorów”. I niezależnie, czy był to sławny były muzyk znanego rockowego zespołu, taternik prowadzący schronisko na połoninie czy człowiek zawodowo zajmujący się prowadzeniem stadniny, szkoły nauki jazdy konnej, organizowaniem konnych wypraw po Bieszczadach, którego można by właśnie określić mianem „biznesmana”, wszyscy mieli jedną wspólną cechę: byli naturalni, bezpretensjonalni oraz niesamowicie otwarci na innych, a co najważniejsze, każdy z nich uśmiechał się ironicznie albo lekko krzywił, gdy określaliśmy go mianem „zakapiora”. Każdy witał się z nami jak z dobrymi znajomymi i chciał nas ugościć jak przyjaciół, chociaż widział nas pierwszy raz w życiu. Każdy chętnie opowiadał o sobie, będąc tak samo zainteresowanym naszymi historiami. Każdy niesamowicie ciepły, z sercem na dłoni, z nutką szaleństwa i specyficznym błyskiem w oku. Normalny, otwarty, przyjazny, życzliwy człowiek, mający własny, oryginalny styl życia i potrafiący stworzyć odrębny świat na przestrzeni nieraz kilku metrów, a nie żaden zakapior.

To są właśnie nasze Bieszczady; i podobne i całkiem inne od tych, opisywanych w piosenkach Starego Dobrego Małżeństwa, niepowtarzalne, mające swoje miejsce w naszych sercach, Bieszczady do których z pewnością będziemy wracać, bo jak się mówi w Bieszczady jedzie się raz, a potem już tylko wraca…

PS. Kto w ogóle wymyślił tego „zakapiora”???

 

Copyright: Agnieszka Stabro