Proza

„Masz na imię Camille” fragment powieści

„Masz na imię Camille” Fragment z rozdziału „Oto jestem, Panie Rodin”

 

Kiedy otworzyłaś na oścież drzwi balkonowe w salonie, uderzył cię podmuch ciepłego powietrza, które wpadło prosto z gwarnego, kolorowego miasta. Matka kazała ci zamknąć okna, ponieważ od przyjazdu cierpiała na potworną migrenę, która czyniła hałasy donośniejszymi i sprawiała, że dzienne światło kłuło w oczy niczym rozżarzone węgle. Nie posłuchałaś jednak jej próśb i stałaś na balkonie, chłonąc Paryż. Kiedy się z nim złączyłaś, zrozumiałaś, że on od zawsze był w tobie, płynął w twojej krwi, wołał ledwie słyszalnym szeptem. „Jestem w domu” – pomyślałaś, zanim w końcu z niechęcią zamknęłaś balkon.

Jaki był Paryż w dniu waszego przybycia do miasta? Czy mam opowiedzieć ci, jak wyglądały twoje pierwsze tygodnie w stolicy? Metropolia była w pełnym rozkwicie, a na ulicach panował ruch oraz przyjemny, przedpołudniowy gwar. Konie spokojnie ciągnęły omnibusy wypełnione śmiechem kobiet i rozmowami mężczyzn; stukot ich kopyt słychać było nawet przy zatrzaśniętych okiennicach. Wiejskie dziewczyny trzymały w rękach kosze pełne jajek oraz świeżych warzyw, po ulicach spacerowały dystyngowane pary. Szumiały drzewa, równo posadzone wzdłuż bulwarów, kusił szmer kawiarni, a tobie nagle wydało się, że czujesz woń prażonych orzechów.

– Papo, czy możemy iść na spacer? – zapytałaś ojca z nadzieją w głosie. – Niedaleko, chcemy zobaczyć najbliższą okolicę.

– Pójdę z wami, chętnie pokażę to, co w Paryżu najpiękniejsze.

– Tu wszystko jest piękne – szepnęłaś, wkładając jedyny wyjściowy kapelusz, który miałaś. W Villeneuve uważałaś go za elegancki; w Paryżu wydał ci się żałosną imitacją prawdziwego nakrycia głowy. Przełknęłaś gorycz, odgoniłaś czarne myśli. „Kiedyś kupię sobie piękny kapelusik” – pomyślałaś i zbiegłaś wesoło po schodach.

Po chwili we trójkę spacerowaliście bulwarami. Każde z was zachowywało się inaczej: Paul oglądał się za atrakcjami oferowanymi przez miasto, ty szłaś jak zahipnotyzowana, patrząc w zachwycie na mijane budynki, kamienice, wystawy sklepowe. Kopuła kościoła Inwalidów błyszczała w słońcu złotem, rozjaśniając niebo dookoła, kładąc cień na wszystkie okoliczne budynki, wznosząc się dumnie ku górze, jakby będąc zesłaną z innej, lepszej rzeczywistości. Paryż nie był stolicą Francji, lecz centrum świata; roześmiany, rozkrzyczany, czekający na ciebie, Camille, jak na brakujący element układanki, istotny szczegół, mający dopełnić całości. „Tylko tutaj można tworzyć” – rozmyślałaś, przyglądając się artystom wystawiającym obrazy na zużytych sztalugach nad brzegami Sekwany. Zachwycona miastem, nie zwracałaś uwagi na ojca, lecz Louis Prosper uważnie przyglądał się podczas spaceru dwójce swoich dzieci. „Są tak różni – zastanawiał się. – Paul chłonie wszystko, co widzi, i od razu chce się tym podzielić, Camille chowa w sobie emocje i odczucia, ale oczy świecą się jej jak nigdy. Tak różni i zarazem tak sobie bliscy”.

Paryż powitał was piękną pogodą. Ciepłe słońce i lekki wiatr sprawiały, że miasto wyglądało piękniej, dostojniej. Z kawiarnianych ogródków dobiegały fragmenty rozmów, gwar oraz śmiech, nad Sekwaną na różnokolorowych kocach porozkładane były piknikowe koszyki. Na ławkach siedzieli starsi mężczyźni, czytali gazety i palili fajki, żywo komentując polityczną rzeczywistość oraz obserwując dzieci bawiące się dookoła nich. Zza żywopłotów lub gęsto porośniętych bluszczem bram prześwitywały zarysy lekko zniszczonych przez czas budynków, z dużymi, półokrągłymi oknami, za którymi piętrzyły się sztalugi, blejtramy, formy do rzeźb, odlane sylwetki. Metropolia była w ciągłym ruchu; wąskie uliczki, wypełnione ludźmi jak rwąca rzeka, porywały was co chwila, by wyrzucić na kolejnym zakręcie. Otaczające cię zewsząd bogactwo, zdobione suknie, niebotyczne kapelusze tak bardzo kłuły cię w oczy, że pomyślałaś, że nie pasujesz do Paryża w czarnej, skromnej sukience, ze swoją prostotą i prowincjonalizmem, jednak po chwili przestałaś zwracać uwagę na ubrania kolorowego tłumu; widziałaś już tylko Paryż, dumny, otwarty, wyjątkowy. Szybko straciłaś poczucie czasu, wędrując z ojcem i bratem ulicami oraz bulwarami, mijając lokale, które wprawiały cię w nieustanne zdziwienie. Wiedziałaś, że jesteście w mieście kawiarni i małych kafejek, lecz nawet w najśmielszych snach nie przypuszczałaś, że jest ich aż tak wiele. Zza rogów ulic wyłaniały się przepiękne, błyszczące szyldy restauracji czy piwiarni, a w każdej tłoczył się roześmiany, rozdygotany tłum, zajmujący tarasy i barowe kontuary, przy których siedziały zarówno kobiety w sukniach od najmodniejszych projektantów, jak i ubogo ubrani mężczyźni, palący papierosy, toczący żywe dyskusje przy szklaneczkach absyntu; gestykulujący, przekrzykujący się, skupieni na sobie. „Czy tutaj nikt nie spędza czasu w domu?” – zastanawiałaś się. Byłaś tak podekscytowana pierwszym spacerem po mieście, że od razu po powrocie chciałaś o nim opowiedzieć matce, lecz ona nie podzielała twojego zachwytu Paryżem; metropolia ją przerażała. Nieraz słyszała, jak odwiedzający stolicę nazywali ją współczesnym Babilonem, Sodomą i Gomorą, siedliskiem grzechu oraz miejscem wszelkiego występku. W trakcie rozmów pojawiał się na jej twarzy uprzejmy uśmiech, wyrażający niedowierzanie; po przeprowadzce przyznawała w duchu, że w istocie mieli oni rację. Miasto było inne od jej dotychczasowego świata; ogromne, hałaśliwe, natrętne. Imponowały jej wyższe sfery, a jednocześnie czuła strach i zdziwienie panującą swobodą obyczajową. Od czytania gazet dostawała napadów migreny, od salonowych konwersacji

rozstrojenia nerwów. Romanse, skandale, dwuznaczne znajomości, dziwne sytuacje towarzyskie przyprawiały ją o zawrót głowy. Świat artystów wydawał jej się najbardziej podejrzany, mroczny, tajemniczy. O wielkich sławach, jak Alfred Boucher czy Auguste Rodin, mówiono z olbrzymią atencją, jednocześnie z pobłażaniem traktując powszechnie znaną skłonność Rodina do romansów z modelkami, ironicznie podsumowując pęd Alfreda do kariery i śmiechem kwitując doniesienia o związkach wielkich intelektualistów epoki. Twojej matce trudno było odnaleźć się w konglomeracie osobliwości, odszukać swoje miejsce pośród ludzi, których język stanowił dla niej zagadkę. Długo łudziła się, że pobyt w Paryżu będzie trwał tyle co twoja nauka, przez wiele lat miała nadzieję, że wrócicie do Villeneuve, w którym życie było proste, zwyczajne. W Paryżu jego mieszkańcy wciąż sobie zaprzeczali, trudno było stwierdzić, co jest prawdą, a co plotką, co żartem, a co pewnikiem, co kokieterią, a co szczerością. Kiedy Louise-Athanaïse wylewała mężowi swoje żale, ty przysłuchiwałaś się rozmowom rodziców, nie rozumiejąc obaw matki. Myślałaś o Paryżu jak o spełnionym marzeniu, chciałaś zdobyć miasto, bo tylko to, co osiągnięte w stolicy, liczyło się naprawdę. Jednak po paru nieudanych próbach więcej nie podejmowałaś już przy matce ani tematu miasta, ani swojej w nim przyszłości. Przestałyście ze sobą rozmawiać, wchodzić do własnych światów, stając się dla siebie coraz bardziej obce. Od momentu przyjazdu do stolicy dni mijały na rozpakowywaniu kufrów i skrzyń, urządzaniu się i organizacji życia na nowym miejscu. Gdy emocje już opadły, a większość problemów związanych z przeprowadzką została rozwiązana, Louis Prosper Claudel skontaktował się z Alfredem Boucherem i dzięki jego

wstawiennictwu, mając siedemnaście lat, po raz pierwszy przekroczyłaś próg Académie Colarossi – jednej z niewielu placówek, która wówczas kształciła artystycznie kobiety.

Camille, tak szybko poczułaś się dorosła i niezależna, pamiętasz? Zaledwie po paru tygodniach od przyjęcia na uczelnię wynajmowałaś z innymi uczennicami wspólne atelier, w którym rozdzielałaś zadania oraz pomału pracowałaś na osobiste uznanie. Czy wiedziałaś, że wówczas w stolicy było około dwustu artystek parających się rzeźbą? A jednak to wasza pracownia stała się najsławniejsza; z czasem zyskałyście rozgłos nie tylko ze względu na fenomen, jakim była artystyczna praca kilku młodych kobiet, lecz również z powodu wysokiego poziomu wykonywanych dzieł. Liczba zamówień stale rosła, a ty, Camille, dzieliłaś swój czas pomiędzy akademię, pracownię i Paryż. Z radością poznawałaś miasto i wytyczałaś w nim własne ścieżki. Oczyma wyobraźni widzę, jak wymykałaś się z domu późnymi wieczorami, by wrócić nad ranem, jak uciekałaś wczesnym popołudniem, by niepostrzeżenie pojawić się, gdy zapadł zmierzch, jak po wschodzie słońca biegłaś prosto na akademię. Fascynowały cię mosty, ciemne zaułki, małe uliczki, knajpki otwarte do późnego wieczora, w których dyskretnie podpatrywałaś artystów, przysłuchując się ich rozmowom i nie mając śmiałości, by do nich dołączyć. Na pewno godzinami snułaś się bez celu po mieście, podziwiając Łuk Triumfalny, Pałac Inwalidów, przechadzałaś się kilometrami wzdłuż Sekwany, zapamiętując ruch, zapach, dźwięki miasta. Ponaglana świadomością uciekającego czasu, którego, jak ci się zdawało, miałaś mniej niż inni, pragnęłaś go wyprzedzić, chciałaś zapamiętać Paryż na zawsze. Zachodziłaś do Luwru i do kościołów, patrzyłaś na rzeźby; gdy nikt nie widział, dotykałaś ich, uczyłaś się rozpoznawania faktury materiału, badałaś rzeźbienia mięśni i rąk, wykończenia stóp, obserwowałaś napięcie wyrażone w pozycji, sylwetce, ułożeniu ciała.

Po nocnych wyprawach zazwyczaj udawało ci się wracać, kiedy wszyscy domownicy już spali i nie budząc ich, ukradkiem wchodziłaś do swojego pokoju. Pewnego razu jednak matka przyłapała cię w holu. Potrafisz wydobyć z mroków pamięci tamto wspomnienie? Czy twojemu pojawieniu się mogła towarzyszyć kłótnia?

– Gdzie się znowu włóczyłaś? – zapytała matka, a jej głos przypominał syk.

– Byłam na spacerze z dziewczętami. Chciałyśmy się trochę przejść po zajęciach. Musiałyśmy odpocząć – odparłaś zdecydowanym tonem.

– Odpocząć? – matka szyderczo wydęła usta. – Niby po czym? Cóż może być ciężkiego w zajmowaniu się sztuką? To tylko zabawa i dziecinada. A ty w dodatku wypuszczasz się wieczorami, przynosisz nam wstyd tą całą akademią, a teraz jeszcze to! Jak śmiesz wracać o tej porze do domu!

Kurczowy uścisk matki, trzymającej cię za łokieć, zabolał.

– Nie tak mocno, to boli! – krzyknęłaś.

Słysząc twój podniesiony głos, Louise przypomniała sobie chwile, gdy wyrywałaś jej z rąk gliniane figurki i uciekałaś z nimi z domu na wrzosowiska. Najgorsze było wspomnienie sytuacji, gdy spróbowała pogłaskać cię po głowie, tak jak to robił ojciec, a ty przestraszona cofnęłaś się przed jej dotykiem. Zanim poszła na górę, zamknęła się w sypialni i wybuchnęła płaczem, zdążyła jeszcze powiedzieć:

– Zobaczysz, ja cię kiedyś zamknę na zawsze! I już nigdy stamtąd nie wyjdziesz, nigdy nie będziesz rzeźbić! Czy mogłaś przypuszczać, Camille, że dochowa obietnicy rzuconej w gniewie, złości, rozgoryczeniu? Czy pomyślałaś wtedy, że słowa te stanowią zapowiedź twojego przyszłego losu, czy, jak matka, zamknęłaś się w pokoju i wtuliłaś zapłakaną twarz w poduszkę? Sądzę, że narastające z czasem rodzinne konflikty były przyczyną tego, że unikałaś przebywania w domu, większość czasu spędzając w akademii. Rok nauki obfitował w nowe doznania, intensywne przeżycia, związane z poznawaniem miasta i siebie samej, odkrywaniem tajemnic rzeźby oraz tajników sztuki.

Académie Colarossi, jedna z wielu prywatnych uczelni artystycznych na Montparnasse, w której kształcili się adepci sztuki niemający wstępu do École national supérieure des beaux-arts de Paris z powodu złych wyników na egzaminie lub społecznych barier, była prawdziwą kuźnią talentów. Dzięki niej młodzi ludzie mogli nie tylko uczyć się u prawdziwych sław, lecz

również podpatrywać pracę twórców mieszkających na Montparnasse lub w artystycznej kolonii La Ruche. Myślę, Camille, że bardzo kochałaś swobodną atmosferę dzielnicy, do której uciekałaś z mieszczańskiego domu, pełnego sztywnych zasad. Pociągała cię śmiałość, z jaką zachowywali się twórcy w pracowniach i kawiarniach, fascynowała wolność, unosząca się niczym opar absyntu nad Montparnasse, kusiły tajemnicze zaułki, nieodkryte zakamarki, zapach terpentyny i świeżo kładzionych farb oraz pośpiech na głównym bulwarze. Kolonia artystyczna La Ruche, skryta za bramą porośniętą bluszczem, przyciągała cię niczym magnes i szybko stała się jednym z twoich ulubionych miejsc w Paryżu, nie mylę się, prawda? Wejścia pilnowały greckie posągi ustawione przy głównych drzwiach, w ogrodzie tu i ówdzie stały figurki greckich bogiń. Przy passage de Dantzig Alfred Boucher wynajmował za symboliczne opłaty malutkie pracownie pozbawione gazu, bieżącej wody, elektryczności, a jednak cieszące się wielką popularnością. Atelier mieszczące się na terenie kolonii, zawalone sztalugami i farbami, zdawały się wieść własne, utajone życia, jakby mając w pogardzie zewnętrzny świat. Uwielbiałaś wieczorami patrzeć w okna budynku i obserwować pracę artystów. Widzę cię, Camille, oczami wyobraźni, jak przechadzasz się bulwarem w swojej długiej, czarnej sukni, ze szkicownikiem w ręce, w którym szybkimi ruchami kreślisz kształt i zarys budynku. Czy już wtedy wiedziałaś, że zostaniesz wielką artystką? Może nie śmiałaś jeszcze marzyć o sławie i rzeźbiarskich sukcesach? Czy kiedykolwiek znajdę odpowiedzi na te pytania, podążając twoimi śladami, patrząc na zniszczoną przez czas La Ruche? Gdybyś, Camille, widziała Montmartre teraz… Kiedy ty odkrywałaś tajemnice artystycznej dzielnicy, stanowiła ona połączenie sielskiego przedmieścia z polami uprawnymi, ogrodami, rozległymi winnicami, dobrze prosperującymi folwarkami; była kwartałem, z którego blisko było do pałacu Luksemburskiego, Sorbony, Saint-Germain czy Luwru. Część miasta, jedną nogą tkwiąca jeszcze w prowincjonalnej, spokojnej rzeczywistości, drugą doganiająca wielką metropolię; oferująca nie tylko ciszę pól i winnic, lecz również zgiełk kawiarni, a przede wszystkim bliskość najważniejszych kulturowych i intelektualnych ośrodków stolicy, szybko stała się mekką twórców. Przechadzając się po Montparnasse, obserwowałaś ciężkie warunki życia początkujących artystów, którzy zdecydowali się na samodzielną egzystencję, i z pewnością czułaś ukłucie zazdrości, patrząc na tętniące życiem lokale. „Oni są wolni, naprawdę wolni” – myślałaś. Czy omijałaś, Camille, teatry rewiowe, z których słynął Montparnasse, i szukałaś swojego miejsca w kawiarniach, gdzie artyści, siedząc godzinami przy jednym kieliszku anyżówki lub filiżance kawy, szukali ciepłego schronienia oraz towarzystwa? Obserwowałaś, jak literaci gorączkowo zapisywali wiersze na serwetkach, które następnie przy najbliższej okazji gubili? Podobnie jak teraz, tak i przed stu laty w kafejkach prowadzono rozmowy o artystycznych salonach, dyskusje na temat nowych prądów kulturalnych przeplatały się z plotkami o romansach popularnych malarzy. Z łatwością potrafię sobie wyobrazić, jak zaciekawiona przysłuchujesz się tym dysputom, siedząc w kącie sali, przy małym stoliku, i starając się nie zwracać na siebie uwagi. Z racji wykonywanego zawodu oraz zajęć na uczelni musiałaś zachodzić czasami na targ modelek, myślę jednak, że szybko spuszczałaś oczy pod ich wyzywającym wzrokiem. W ich bezczelnych spojrzeniach duma mieszała się ze wstydem, świadomość upadku była połączona z próbą wywyższania się, a pewność siebie przeplatała się z kokieterią. Nie domyślałaś się, że specyficzne zachowanie pozujących dziewcząt wynikało z ich statusu społecznego; z jednej strony modelki nie były obdarzane szacunkiem, z drugiej malarze oraz rzeźbiarze nie mogli się bez nich obyć, co stanowiło źródło ich siły. Nie poznawałaś miasta sama, Camille. Przewodnikiem po artystycznym Paryżu, doradcą w twórczych poszukiwaniach oraz rzeźbiarskich próbach, które szły ci coraz lepiej, był twój przyjaciel Alfred Boucher. Pamiętasz, jak zaznajamiał cię z ważnymi osobistościami? Godzinami opowiadał zarówno o wydarzeniach w sferze towarzyskiej, jak i twórczej, nie dając ci dojść do słowa. W jego barwnych relacjach coraz częściej pojawiała się postać niemłodego już, lecz ciągle mało znanego rzeźbiarza Auguste’a Rodina, którym Boucher był zachwycony. Prace artysty tak bardzo spodobały się Alfredowi, że ujął się za Rodinem, gdy rzeźbiarz został oskarżony o wykonywanie odlewów wprost z ludzkich ciał, a następnie wystawianie ich jako własnych rzeźb. Opinia publiczna podzieliła się na dwa wrogie obozy – jeden obrzucał Rodina błotem, drugi wywyższał go nad innych rzeźbiarzy, których miałby prześcigać talentem i zdolnościami. Alfred Boucher należał do grupy gorących zwolenników Rodina, doceniał kunszt rzeźb, cenił warsztat i nie sądził, by artysta naraził się świadomie na tak poważną krytykę. Poznał w nim przyszłego mistrza; szczerze wierzył, że za jego pracami stoi prawda ciężkiego wysiłku połączona z ogromnym talentem. Postanowił oczyścić Rodina z zarzutów, jednak wcześniej pokazał ci Wiek brązu, abyś wyrobiła sobie zdanie na jego temat.

W chwili gdy go zobaczyłaś, od razu wiedziałaś, że dzieło Rodina nie jest odlane, ale wyrzeźbione, prawda, Camille? Musiałaś dostrzec najmniejsze pociągnięcie dłuta, każdy wysiłek ręki, walkę artysty z materią, zmaganie z sobą samym. Myślę, że patrząc na Wiek brązu, przez ułamek sekundy wydawało ci się, że widzisz w dziele Rodina swoje ślady. Odniosłaś wrażenie, że kiedy w czasie pracy dłuto w dłoniach Auguste’a osunęło się nieco za nisko, twoja ręka paręnaście ulic dalej w czasie ćwiczeń z rzeźby wykonała niekontrolowany ruch. Wiek brązu zachwycił cię i ujął za serce; zanim Boucher doprowadził do waszego spotkania, stałaś się zwolenniczką i obrończynią Rodina.

„Ktoś, kto tak pięknie rzeźbi, nie jest człowiekiem zdolnym do ogromnego oszustwa, wszystko tu jest doskonałe, lecz jest to perfekcja osiągnięta ciężką, morderczą pracą, każdy mięsień, każde ścięgno tak wspaniale odwzorowane, i ten ruch…” – myślałaś i długo stałaś przed rzeźbą, nie mogąc pozbyć się wrażenia, jakbyś już kiedyś widziała to dzieło.

Czy przy okazji Wieku brązu doszło, Camille, do twojego pierwszego spotkania z Rodinem? Staram się przenieść myślami w tamten czas, zobaczyć go twoimi oczami. Kiedy parę tygodni później w jednej z paryskich kawiarni Boucher przedstawił cię Rodinowi jako początkującą rzeźbiarkę i jego zagorzałą zwolenniczkę, myślałaś, że ze wstydu zapadniesz się pod ziemię. Zapewne nie potrafiłaś wyksztusić nic poza grzecznościowymi, konwencjonalnymi zwrotami, co spowodowało, że zazwyczaj rozmowny Rodin także milczał, obserwując cię z zainteresowaniem i nie wdając się w dyskusje z Boucherem. Twoje nietypowe jak na Paryż zachowanie musiało go zdziwić; zazwyczaj kobiety prowadziły z nim ożywioną konwersację, wypytywały go o szczegóły pracy, w odurzającym zapachu perfum składały niedwuznaczne propozycje, którym towarzyszył nachalny wzrok zza firanek gęstych rzęs; tymczasem ty uparcie milczałaś, zerkając z ukosa, nie narzucając się, nie zmuszając go do rozmowy.