Proza

Krok w dorosłość rozdział I, II i III – ciąg dalszy nastąpi

stare miasto

KROK W DOROSŁOŚĆ

Rozdział I

 

W pewien zimowy, śnieżny poranek anioł stróż o imieniu Ksawery rozglądał się po tramwaju, uważnie przypatrując się ludziom. „Ten nie potrzebuje anioła stróża — myślał — ta pewnie też nie. Ten też już ma jakiegoś. O, a może ono? O, przepraszam nie zauważyłem Cię” — powiedział do Gabriela, który widząc, że samotny anioł stróż jakoś dziwnie patrzy na jego podopiecznego mocniej otulił małego chłopca  ramieniem.

— A co ty tu w ogóle robisz? Nie powinieneś teraz być  z… — zdziwił się.

— Powinienem, ale ona przestała już we mnie wierzyć. W ogóle przestała wierzyć w anioły. No więc chodzę tak i szukam, może ktoś mnie potrzebuje…

Oboje rozejrzeli się po tramwaju, gdzie oprócz ludzi tłoczyły się też ich anioły stróże. Panował miły przedświąteczny gwar — pasażerowie rozmawiali miedzy sobą albo patrzyli w szybę wzorkiem pełnym nadziei. Anioły stróże natomiast śmiały się srebrzyście, wymieniały najnowsze plotki i rozmawiały o swoich podopiecznych. Jeden z nich, ten który śmiał się najgłośniej, opowiadał właśnie jak to Jacek zapomniał wczoraj najpierw to czegoś do pracy, potem rękawiczek, a na końcu zapomniał zamknąć drzwi, w związku z czym trzy razy wracał się do domu. Kiedy skończył opowiadać, cały tramwaj, a przynajmniej jego anielska część, wybuchła gromkim, serdecznym i ciepłym śmiechem, jakby litując się tym samym nad ludzką skłonnością do permanentnego zapominania rzeczy niezbędnych .

— Ale na szczęście, dzięki mojej pomocy, zdążył do pracy — dodał z wyrazem triumfu na twarzy.

Po wysłuchaniu opowieści wszyscy znowu zatopili się w rozmowach z najbliższymi współpasażerami. Jedni wychodzili, drudzy wchodzili, pożegnalnym i powitalnym okrzykom nie było końca, a pośrodku tego wszystkiego stał Ksawery i rozpamiętywał dawne czasy.

„Kiedyś wszystko było inaczej — myślał — Zawsze miałem mnóstwo roboty i byłem taki szczęśliwy. W deszcz nosiłem nad jej głową parasol, w zimowy i śnieżny dzień przypominałem o czapce, rękawiczkach i szaliku. Latem przeganiałem chmury, wiosną budziłem kwiaty do życia, a jesienią przyozdabiałem drzewa w różnobarwne liście. Przyszywałem urwane guziki, znajdowałem zgubione berety, odpędzałem natrętne myśli. Nocą strzegłem jej snów, słuchałem bicia serca i odgarniałem włosy z czoła. A teraz? Teraz wszyscy dookoła są szczęśliwi, a ja jestem sam. Aurelia przestała wierzyć w anioły, a ja nie mam gdzie się podziać. Jak ona sobie teraz radzi? Przecież zawsze czegoś zapominała. I kto jej teraz przypomina o rękawiczkach? O szaliku?”.

Pogrążając się coraz bardziej w smętnych rozmyślaniach i zastanawiając się, gdzie teraz może być Aurelia i czy aby na pewno założyła czapkę, Ksawery nie zauważył dziecka które stanęło naprzeciwko i przyglądało mu się z rosnącą ciekawością. W końcu, bardzo nieśmiale, z rumieńcami na twarzy zapytało: „Czy pan jest aniołem stróżem?”.

Dziecko było dosyć cudaczne. Miało czerwony berecik na głowie, granatowy szalik i takież same rękawiczki. Ubrane w czarną kurteczkę spod której widać było dwie chudziutkie nóżki w różowych rajstopkach stało naprzeciwko i już bez trwogi lecz z ogromną ciekawością i wyczekiwaniem, trzepocząc długimi rzęsami patrzyło się na anioła. Ksawery natomiast zupełnie zaskoczony nie wiedział co powiedzieć. Pierwszy raz zdarzyło mu się być widzianym przez dziecko, ba, przez kogokolwiek. Rozejrzał się po tramwaju ale wszyscy ludzie zajęci byli sobą i zdaje się że nikt oprócz tej małej dziewczynki go nie widział. Ksawery nie miał bladego pojęcia, co należy zrobić w takiej sytuacji. Pomyślał, że może w instrukcji, którą dostał jak zachowywać się w tramwaju (osobne dotyczyły domów, sklepów, parków itp.) było coś na ten temat ale po dłuższym namyśle stwierdził, że nie. Nawet małym druczkiem. Tak więc zwrócił swą piękną anielską twarz w stronę dziecka, które było już wyraźnie zniecierpliwione i markotne:

— Eee — powiedziało — pan wcale nie jest aniołem stróżem. Gdyby pan nim był to by pan coś powiedział.

Ksawery nadal stał nic nie mówiąc. Wolał nie powiedzieć nic niż powiedzieć coś, czego by potem żałował.

— No niechże pan coś powie — nalegała dziewczynka — stoi pan tak tu i stoi i tylko się patrzy i nic nie mówi. Kim się pan tutaj opiekuje?

—  Ja? — powiedział Ksawery i natychmiast zachwycił się barwą swego ziemskiego głosu — ja nie zajmuje się nikim.

— Iiii ależ pan jest kłamczuch —  odpowiedziało dziecko z uśmiechem — musi się pan kimś opiekować. Każdy anioł stróż kimś się opiekuje, a mnie się nie da oszukać proszę pana. Wacek ostatnio chciał mi na przykład dać za dwie szklane kulki lizaka, ale ja mu powiedziałam że jest głupi bo dwie szklane kulki to więcej niż lizak i…

—  Nieładnie jest komuś mówić że jest głupi — skarcił ją Ksawery, jednak po chwili porzucił moralizatorski i surowy ton. Popatrzył dziewczynce głęboko w oczy, na co dziecko speszyło się wyraźnie, wbiło wzrok w podłogę i zaczęło kręcić się niespokojnie. Po chwili zwróciło swoją czerwoną, załzawioną twarz na Ksawerego i powiedziało piskliwym, pełnym smutku głosikiem:

— Ja naprawdę nie chciałam mu tego powiedzieć — łkało — ale niech pan powie sam, przecież dwie szklane kulki to jest naprawdę więcej niż lizak.

Tu mała dziewczynka zaniosła się rozdzierającym płaczem, który w sekundę wypełnił cały tramwaj, co oczywiście ściągnęło nie tylko uwagę wszystkich znajdujących się w nim aniołów, ale przede wszystkim ludzi. Szczerze powiedziawszy, trudno im się dziwić; widząc dziecko, które od jakiś 20 minut najpierw rozmawia samo ze sobą, by za moment wybuchnąć potwornym płaczem, trudno zachować obojętność. Przy Stefci natychmiast znalazła się jakaś starsza pani.

— Dziecko kochane, co się stało? Gdzie jest Twoja mamusia? Sama jesteś? — pytała.

Stefcia widząc, że ściągnęła uwagę całego tramwaju powstrzymała swój płacz, zrobiła mądrą minkę i odezwała się suchym, rzeczowym tonem:

— Moja mamusia jest w domu i sprząta, a tatuś robi zakupy. A ja nie jestem tutaj sama —  tu wskazała na pustą przestrzeń przed siebie, a w zasadzie na Ksawerego.

Starsza pani pokręciła z dezaprobatą głową i już miała wygłosić jakąś dykteryjkę na temat jak to rodzice nie zajmują się swoimi dziećmi, kiedy jej anioł stróż pociągnął ją za płaszcz na co starsza pani przypomniała sobie, że właśnie musi wyjść. Rzuciła Stefci „Wesołych Świat” i już jej nie było.

— Poszła sobie. Stara jędza — powiedziała już całkiem uspokojona Stefcia.

Ksawery znowu się skrzywił na tą „starą jędzę” jednak nie mając już siły nikogo strofować zapytał się dziewczynki:

— A gdzie jest właściwie twój anioł stróż?

—  A bo ja wiem? Pewnie gdzieś tutaj — Stefcia zrobiła nieokreślony gest.

Ksawery rozejrzał się jeszcze raz uważniej po tramwaju szukając jakiegoś samotnego anioła stróża oprócz siebie. W końcu, na samym początku tramwaju zauważył dwóch rozprawiających o czymś żywo aniołów, którzy znacznie oddalili się od swoich podopiecznych, bowiem ich białe szaty prawie zupełnie straciły swój blask „Ale który z nich jest Stefci? — myślał — pewnie ten stojący bliżej okna. Tak to na pewno on”. Upewniwszy się ze Stefcia nie jest tu sama podjął przerwaną rozmowę:

— Znasz może kogoś kto potrzebuje anioła stróża? — spytał Ksawery smutno stracił bowiem już wszelką nadzieję.

Stefcia zrobiła wielkie oczy:

— Jak to? To pan naprawdę nie ma się kim zajmować?!

Dziewczynka była bardzo zaszokowana. Prawdopodobnie bardziej niż wtedy, kiedy prosząc o wielkiego pluszowego misia otrzymała przez pomyłkę kolejkę elektryczną. Ksawery zrobił smutną minę:

— Ano nie mam.  Ona przestała już wierzyć w anioły, a ja zostałem bezrobotny.

Słysząc to Stefcia zdziwiła się jeszcze bardziej, o ile to w ogóle było możliwe.

— Przestała wierzyć w anioły?! Przecież wszyscy w nie wierzą! Nawet Wacek, ten który za dwie szklane kulki chciał mi dać lizaka ale ja mu powiedziałam że jest głupi bo …

— Już mi to opowiadałaś Stefciu — przypomniał jej Ksawery karcącym wzrokiem.

— A tak…

Stefcia strapiła się nieco jednak już po chwili ciągnęła dalej:

— Ale widzi pan nawet on wierzy w anioły. Wie pan co ja to znam takiego Ignasia co mieszka w naszej kamienicy. On chyba nie ma anioła stróża bo ciągle chodzi smutny i zmartwiony i tylko coś mamrocze pod nosem że jakiś dzie dzie dziekan nie daje mu świętego spokoju. Ja nie wiem dlaczego świętego bo ja się tam na tym nie znam ale on na pewno nie ma anioła stróża. A mamusia mówi, że jemu ciągle jakieś nieszczęścia na głowę spadają. Ja tam nie wiem dlaczego na głowę bo ja nigdy nie widziałam żeby jakieś nieszczęście spadało na głowę ale skoro mamusia tak mówi to pewnie jest prawda. Ale ja już niestety panie aniele muszę tu wysiąść bo się spóźnię na obiad a tatuś bardzo tego nie lubi ale jak pan chce to może pan iść ze mną — powiedziała Stefcia uśmiechając się szeroko, z wyraźną nadzieją w głosie.

Ksawery rozejrzał się jeszcze raz po tramwaju. Ludzi i aniołów było już znacznie mniej, więc nietrudno było mu zauważyć anioła stróża Stefci, który nawet nie wstał z miejsca by wyjść z tramwaju. Prawdę mówiąc, zapomniał on w ogóle o istnieniu dziewczynki, co się raczej z reguły aniołom nie zdarza. Pogrążony w gorącej dyspucie z drugim aniołem stróżem bez wahania zgodził się na prośbę Ksawerego. I tak oto Ksawery wysiadł razem z uśmiechniętą od ucha do ucha Stefcią, stając się jej aniołem stróżem na czas nieokreślony. Przemierzali właśnie ulice Starówki, mijając spóźnialskich, goniących w popłochu za prezentami, kiedy Ksawery zapytał:

— Stefciu, dlaczego właściwie Ty mnie widzisz?

— Oj panie aniele, przecież wszyscy wiedzą, że tylko dzieci widzą anioły. Że pan też takie pytania zadaje. Ale niechże się pan tak nie ogląda na wszystko co pan zobaczy. Jak ja się spóźnię do domu to będzie wielka awantura. No i jak się nie pospieszymy to nie spotkamy pana Ignasia. A to by było bardzo niedobrze.

Strofowania Stefci nie były bezpodstawne bowiem istotnie, Ksawery oglądał się na każdą wystawę, na każdy dom, na każdą kamienicę. Na Starym Mieście był po raz pierwszy i nigdy nawet nie przeszło mu przez głowę, że człowiek może stworzyć takie piękne, urokliwe miejsce. Wszystko przykryte białą, śniegową pierzyną, wyglądało jak z bajki. Z co drugiej wystawy uśmiechał się Święty Mikołaj, wszędzie kolorowe lampki, a w każdym niemal oknie choinka. Stefcia musiała w pewnym momencie siłą odciągać Ksawerego od kolejnej kamienicy czy kolejnego świętego Mikołaja. Wyglądało to wszystko z boku dosyć dziwnie lecz żadne z nich wtedy o tym nie myślało. W końcu dotarli do starej, stojącej gdzieś na samym końcu Starego miasta,  trochę zniszczonej przez czas kamienicy.

— No to jesteśmy — powiedziała czerwona z radości i zmęczenia Stefcia —  ładnie tu, prawda? Mamusia mówi że to nie jest luks pierwsza klasa czy jakoś tak, ale mnie się podoba.

Weszli do ciemnego korytarza. Dokładnie w momencie kiedy Stefcia zapałała światło, Ignacy Kowalski, ze zmierzwionym włosem, rozpiętą kurtka i szalikiem w dosyć dziwnym stanie, przeskoczył dwa ostatnie stopnie i znalazł się naprzeciwko Stefci. Poprawił okulary i czapkę, doprowadził do ładu szalik i już chciał się przywitać ze Stefcią kiedy ta ryknęła na całą klatkę schodową:

— Pan Ignaś!

Ignacy uśmiechnął się szeroko:

— Witaj Stefciu!

— Och jakże ja się cieszę że pana widzę — Stefcia nie kryła radości — bo ja mam prezent dla pana ale to na razie tajemnica wiec sz.a. Aha, mamusia prosiła żeby panu powiedzieć, że wczoraj, kiedy pana nie było w domu, to przyszła do pana jakaś dziewczyna.

Ignacy zbladł, przyjmując kolor ściany klatki schodowej.

—  Dzie dzie wcyzna? — wydukał — a ja jak ona wyglądała?

— Ja tam nie wiem panie Ignasiu bo mamusia nie mówiła. Powiedziała tylko że ona miała na imię Natalia. Ja mam w klasie taką jedną Natalię ale ona jest… panie Ignasiu! Niech pan na siebie uważa!

Krzyknęła Stefcia, bowiem Ignacy usłyszawszy imię Natalia wyleciał z domu jak z procy, o mało co nie potrącając po drodze starszej pani. Przez moment Stefcia i Ksawery widzieli w oddali szalik Ignacego, po czym jego postać zupełnie zniknęła za zakrętem.

— Phi! Ależ ten Ignaś to jest wariat. Ja bardzo lubię pana Ignasia tylko że w ogóle go nie rozumiem. Bo on ciągle tylko papla i papla o jakieś Natalii a kiedy mu się mówi że u niego było to ucieka. Ale sam pan panie aniele przyzna, że jemu to by się przydał ktoś kto by się nim opiekował. Bo ja się bardzo o niego martwię, wie pan? Bo ja panu powiem szczerze, to nie znam tej całej Natalii ale chyba jej nie lubię.

Ksawery, przyglądający się całemu zajściu z boku, niewiele rozumiał z tego wszystkiego. Jakkolwiek do gadulstwa Stefci zdążył się już przyzwyczaić tak zupełnie nie mógł pojąć dlaczego Ignacy tak nagle wyleciał domu. Jednego był jednak pewien — nie dość, że Ignaś stracił swojego anioła stróża, to rozpaczliwie go potrzebował. I to jak najszybciej.

— Stefciu, gdzie mógł pójść pan Ignacy?

— A ja wiem? Pewnie do tej całej Natalii. Ale niech go pan teraz nie szuka tylko wejdzie do mnie na obiad ups, pan chyba nie jada obiadów…

Ksawery, pochłonięty własnymi myślami i układając w głowie plan pomocy dla Ignacego, który według niego, prawie że o nią krzyczał, zupełnie Stefci nie słuchał. Dopiero kiedy spojrzał na nią, stojącą naprzeciwko z szeroko otwartymi oczami, co niechybnie wskazywało na to, że oczekuje ona odpowiedzi na zadane właśnie pytanie, powiedział:

— Co? A tak tak.

—  Oj panie aniele, pan wcale mnie nie słucha! Zupełnie jak tatuś kiedy proszę go o a zresztą nieważne. Pytałam, czy anioły jadają obiady?

—  Obiady? Nie, nie jadamy obiadów. Ani śniadań ani kolacji. Podwieczorków też nie.

— Ależ to smutne — krzyknęła Stefcia — nie jeść podwieczorków! I kolacji! śniadań to ja tam nie lubię ale podwieczorki! Życie bez podwieczorków… to przecież jest straszne.

— Nie takie straszne Stefciu — roześmiał się Ksawery — to naprawdę nic wielkiego. Nam to  po prostu niepotrzebne.

—  Potrzebne niepotrzebne ale na obiad to musimy iść panie aniele bo mamusia i tatuś na pewno na mnie czekają — podsumowała dziarsko Stefcia i ruszyła na drugie piętro.

Zatrzymała się przed numerem 32 i z całej siły załomotała w drzwi. Otworzyła jej kobieta w średnim wieku, ubrana w czarne leginsy i granatową bluzę, z papilotami na głowie.

Uśmiechnęła się z czułością widząc swoje dziecko, jak zwykle zresztą spóźnione, jednak całe szczęśliwe, z czerwonymi rumieńcami na policzkach i czarnymi, święcącymi się oczami.

—  Oj Stefciu, Stefciu, znowu się spóźniłaś Co tym razem robiłaś tak długo?

— Znajdywałam zagubionego anioła stróża.

— Aha. To powiedz żeby wszedł, umyjcie ręce i siadajcie do stołu. Zaraz podam wam obiad. Stefciu, co on jada na obiad?

— Anioły nie jadają obiadów — Powiedziała Stefcia karcącym tonem.

— Hmm to co ja mam zrobić? Może powiedz mu żeby usiadł w fotelu i…

— Nie muszę mamusiu, bo on poszedł szukać pana Ignasia.

Istotnie, Ksawery uznając że w domu Stefcia jest całkiem bezpieczna udał się na poszukiwania Ignacego, licząc ze znajdzie go w niedługim czasie.

— Pana Ignasia? A na co? Chociaż może to i dobrze. Ktoś powinien się nim wreszcie zająć. Siadaj Stefciu do stołu bo ci zupa wystygnie.

Stefcia z ochotą usiadła do stołu gdzie leżał talerz cieplej zupy pomidorowej. Nie dane jej jednak było zjeść w spokoju bowiem tata Stefciu, Henryk, siedząc dotąd w salonie z gazetą na kolanach i kubkiem kawy w ręce, przysłuchiwał się całej rozmowie. Po ostatnim jednak zdaniu Wioletty zerwał się z fotela i wpadł do kuchni, gdzie Stefcia pałaszowała zupę, a Wioletta siedziała z nią przy stole i myślała o jutrzejszym dniu.

— Czyś ty oszalała do reszty moja miła?! Dlaczego dziecku robisz wódę z mózgu?! — zaczął niemalże wykrzykiwać Henryk.

—  Ja?! Wódę z mózgu?! Naszej Stefci?! Czy ty się mój drogi na pewno dobrze czujesz?! — spytała zaniepokojona Wioletta.

— No przecież to nie ja jej wmawiam, że anioł stróż poleciał na poszukiwania Ignacego! I dlaczego ty jej w ogóle pozwalasz  mówić o nim „pan Ignaś”?!

— Bo dziecko powinno czuć się bezpieczne w swoim środowisku! A poza tym ja jej niczego nie wmawiam! Co w tym złego że wierzy w anioły?! Stefcia, marsz do swojego pokoju!

— Nic! Ale wiara wiarą, a opowiadanie bzdurnych historyjek o tym, że go spotkała jest już przegięciem.

Stefcia dotychczas siedząc przy stole i patrząc się z zainteresowaniem na rodziców, teraz podniosła się i powiedziała:

— To nie są żadne bzdurne historyjki! To prawda!

— Stefcia? A co ty tu robisz?! — spytała zdziwionym głosem Wioletta.

— Jem zupę — Odpowiedziała zgodnie z prawdą

— Miałaś iść do swojego pokoju!

— Miałam ale nie poszłam bo tatuś powiedział że to są bzdurne historyjki A to jest prawda!

— No i widzisz coś ty najlepszego zrobiła?! — Powiedział Henryk do Wioletty.

—  Ja?! Oj bardzo Cię przepraszam ale to nie po mnie jest taka pyskata!

— No wiesz! Ale to ty ja utwierdzasz w przekonaniu że istnieją anioły stróże które latają za Ignacym!

— Nie anioły tylko anioł! I nie Ignacy tylko pan Ignaś! I to jest  prawda. Pan anioł ma białe skrzydła i Ksawery na imię. I powiedział że Wacek wcale nie jest głupi i że nie jada obiadów śniadań ani kolacji i podwieczorków też nie a ja powiedziałam że to smutne a on powiedział że to nie jest mu potrzebne — zaczęła wykrzykiwać Stefcia.

— Stefciu, miałaś nie rozmawiać z nieznajomymi — powiedziała Wioletta przerażonym głosem i aż usiadła na krześle.

— Oj mamusiu, to nie jest nieznajomy tylko samotny anioł stróż który teraz już nie będzie samotny bo będzie sobie mieszkał z panem Ignasiem i wszyscy będą szczęśliwi.

— Jakim panem Ignasiem?! Stefciu, ile razy mam powtarzać że to jest pan Ignacy! Rozumiesz? Pan Ignacy — powiedział Henryk tonem już bardzo zmęczonym. Tak naprawdę bowiem najbardziej czego nie znosił to awantury.

— Oj tatusiu, pan Ignaś i już a ja teraz idę do swojego pokoju, a wy sobie spokojnie porozmawiajcie .

Powiedziała Stefcia i poszła do siebie.

—  Ja myślę, że nie mamy się czym przejmować Heniu w jej wieku każde dziecko ma jakiegoś wyimaginowanego przyjaciela To całkiem normalne.

—  Może i tak, ale zwykle to nie są anioły stróże które latają za sąsiadami to wszystko mi się nie podoba Wiolu.

— Oj, jak zwykle przesadzasz zobaczysz nie minie miesiąc jak przestanie o tym mówić, a lepiej żeby wierzyła w anioły stróże niż w nic, nie uważasz? I lepiej, żeby gadała o tym całym Ksawerym niż o tych okropnych Pokemonach,

— Obyś miała rację.

Powiedział Henio i udał się do łazienki. Wiola pozmywała naczynia i zasiadła przed telewizorem a Stefcia umyła się i poszła spać. Wieczorem, nikt już nie pamiętał o popołudniowej kłótni.

Rozdział II

 

Ksawery natomiast usilnie próbował znaleźć Ignacego. Obleciał całą Starówkę, pozostawiając swój srebrny puch na każdej najmniejszej uliczce. Fakt, że często przystawał, wracał, znowu przystawał; nie mniej jednak Ignacego nie znalazł. Szedł więc powoli z żałośnie opadniętymi skrzydłami, myśląc że co z niego za anioł stróż, kiedy nawet nie potrafi znaleźć tego, kim powinien się opiekować. Nie były w stanie pocieszyć go mansardy i to co dotychczas wydawało mu się takie piękne. Nawet księżyc, zawieszony na granatowej płachcie nieba, zahaczający o najbliższą kamienicę nie robił na nim wrażenia.

W pewnym momencie przebiegła obok niego nie kto inny jak Natalia. Ksawery co prawda nie widział jej nigdy, jednak doskonale wiedział, że to właśnie jest ona. Jako że nie chciał wracać do Stefci, bo nie bardzo wiedział co ma jej powiedzieć, postanowił podążyć za Natalią, która szła pewnym krokiem, stukając obcasami o bruk.

Szczerze powiedziawszy, z anielskiego punktu widzenia była osobą dosyć antypatyczną. Ubrana w czarną kurtkę, długie czarne, modne kozaczki, zdawała się patrzeć na wszystkich i na wszystko z wyższością i wyrazem triumfu na twarzy. Nienaturalnie aż niebieskie oczy wyglądały spod czarnej czapki, modnie przekrzywionej na prawo. Wszystko w Natalii było modne. Długie rzęsy, ciemne kreski pod oczami, malinowy błyszczyk. Wydawało się, że każde męskie spojrzenie, które zdołała na siebie ściągnąć, chowała do kieszeni, żeby potem moc się nim cieszyć. Cieszyć i zrazem upajać własnym dosyć wątpliwym pięknem. Cieszyć się bardzo nieszczerze i z poczuciem wyższości nad wszystkimi innymi. Taką właśnie zobaczył Natalię Ksawery i mimo że był to obraz dosyć powierzchowny, to niemniej jednak w dużej mierze prawdziwy. Szli więc tak sobie razem przez jakieś 15 minut, po czym Natalia weszła do jakiejś małej, przycupniętej gdzieś z boku kawiarni. To wszystko zaczynało się Ksaweremu nie podobać bowiem zaczął podejrzewać że ta cala Natalia bezczelnie umówiła się na randkę dzień wcześniej będąc u Ignacego.

Istotnie, ledwie przekroczyła próg kawiarni, z krzesła uniósł się młody mężczyzna ubrany w garnitur i uczynił przywołujący gest ręką. Natalia widząc go włożyła na twarz szeroki uśmiech, ukazując rząd białych zębów. Podążyła w kierunku stolika, wieszając po drodze na wieszaku kurtkę i czapkę, spod której wysypały się blond włosy. Ksawery już miał podstawić jej nogę, kiedy tak szła tym swoim pewnym krokiem, jakby miażdżąc po drodze cały świat, jednak rozmyślił się. Pomyślał, że poczeka na rozwój wypadków a nogę i tak zawsze będzie mógł jej podstawić. Myśląc to, od razu się skarcił. Podstawianie bowiem nogi komukolwiek to bardzo zły uczynek.

—  Witaj Karolu — lukier aż spływał z jej słodziutkiego głosu.

Owy samiec natomiast nie wiadomo dlaczego nazywany Karolem, pocałował ją siarczyście w rękę. W pewnym momencie zaczął Ksaweremu przypominać psa śliniącego się na widok kości. I to nie byle jakiego psa — prawdziwego buldoga.

— Witaj Natalio, kwiecie snów moich.

Ksawery aż dusił się ze śmiechu „a to dobre — myślał — co za pozer”.

— Ha ha ha — zabrzmiał śmiech Natalii, niczym chichot hieny na pustyni.

Następnie Natalia przekrzywiła główkę i rzekła:

— Ależ z ciebie Karolu jest poeta. A teraz zamów mi proszę podwójne cappucino z lodami waniliowymi i bitą śmietaną. Chyba nie chcesz żeby twoje natchnienie cierpiało głód i niedostatek.

— Ależ nie —  tu Karol kiwnął na kelnera i zamówił dokładnie to o co prosiła Natalia —  na to nie mogę pozwolić. I jak Natalio, spławiłaś już tego idiotę, zaraz zaraz jak to on się nazywał, o Ignacy, tak?

—  Oh nie zaprzątaj sobie nim głowy. Sprawa z nim jest już zamknięta. Tylko ty się liczysz pączusiu.

Ksawery gotował się ze złości. Nie dość że ktoś obrażał Ignacego to na dodatek nigdy jeszcze nie przebywał w środowisku w którym istniało takie duże natężenie głupoty. Tak więc kiedy kelner podał Natalii capuccino, Ksawery najzwyczajniej podstawił mu nogę, przepraszając jednocześnie swojego szefa na górze i próbując wytłumaczyć mu w myślach ten niecny uczynek. Kelner się wywalił a cala śmietanka wraz z lodami waniliowymi wylądowała na nowym kostiumie Natalii.

— Co pan wyprawia u licha?! — zaczęła wykrzykiwać Natalia.

— Ale ja sam nie wiem jak to się stało. Ja przepraszam bardzo państwa przepraszam. To już się nie powtórzy — zaczął przepraszać trochę zdezorientowany kelner równocześnie podnosząc się z ziemi.

— No ja myślę! A wie pan dlaczego?! Bo ja tu więcej nie przyjdę! —  to mówiąc Natalia porwała swoją kurtkę, czapkę i wybiegła z kawiarni. Karol zapłacił w pośpiechu rachunek i wybiegł za nią.

— Natalia! Natalia! Poczekaj chwilę!

— Zostaw mnie! Zobacz co narobiłeś!

— Ja? To nie ja wylałem kawę na Ciebie!

— No tak, ale gdybyś mnie tam nie zaprosił to mój nowy kostium nie wyglądał by tak jak wygląda! Będziesz musiał kupić mi kwiaty na przeprosiny!

— Kwiaty, tak, kwiaty. Piękny, ogromny bukiet róż. Poczekaj tzn daj mi dziesięć minut a zaraz będę z powrotem.

— Jak nie przyjdziesz za dziesięć minut to sobie pójdę! Słyszysz?!

Karol pobiegł wiec do najbliższej kwiaciarni po dwadzieścia jeden róż, a Natalia wyjęła lusterko i poprawiła makijaż. Przeciągała właśnie usta różowym błyszczykiem trenując minę obrażonej królewny kiedy zatrzymał się przed nią Ignacy. Ksawery, stojący dotychczas z dosyć zadowoloną miną szczęśliwy, że pomścił krzywdę Ignasia, teraz cały struchlał, wiedząc że i tak nic nie może zrobić.

— Natalia? Natalia, to ty? Tzn, witam Natalię. Moja sąsiadka była uprzejma powiadomić mnie że panna Natalia była u mnie wczoraj wieczorem.

— Aha byłam ale ty byłeś pewnie na randce — Natalia zawsze wiedziała jak się zachować. Nawet w takiej sytuacji.

— Na randce? Ja? Ależ gdzie tam! Siedziałem w bibliotece. Ale i tak nie mogłem się skupić bo cały czas myślałem o Tobie Natalio.

— Chcesz mi wmówić, że cały dzień siedziałeś w bibliotece i myślałeś o mnie? I ja mam ci uwierzyć, tak? No wiesz co Ignacy, mógłbyś wymyślić coś bardziej wiarygodnego.

— Kiedy to prawda. Chciałem czytać Kanta ale cały czas miałem przed oczami ciebie.

— Wiesz że za coś takiego powinnam się obrazić Ignacy! Żeby mówić kobiecie że czytając jakiegoś Kanta miało się jej obraz przed oczami, to trzeba mieć tupet doprawdy! — Natalia nie omieszkała zatrzepotać długimi rzęsami.

— Ależ Natalio, nie jakiegoś Kanta tylko Kanta — tutaj Ignacy jakby przejrzał na oczy.

Próbował jeszcze wmawiać sobie ze nieznajomość postaci Kanta to nic strasznego, jednak ziarnko niepokoju zostało zasiane a dwie czarne klapki zaczęły pomału opadać z oczu. W tym właśnie momencie zjawił się zdyszany Karol z ogromnym bukietem róż, przewiązanym czerwoną wstążką.

— A więc to tak! —  wykrzyknął triumfalnie Ignacy.

— Niby jak? —  zapytała się Natalia trzepocząc rzęsami jak oszalała — pan Karol był tak miły, że przyniósł mi kwiaty które mam zamiar wręczyć mojej cioci do której właśnie udaję się z wizytą.

—  Kim pan w ogóle jest, że pan tak się wcina ni w pięć ni w dziewięć? —  włączył się Karol.

— Ja? Ja się wcinam? Przepraszam bardzo, ale to pan nie wiem z jakiej paki, nosi kwiaty mojej Natalii!

— Pana? Pana Natalii? Natalio, czy to nie jest przypadkiem ten cały wariat Ignacy?

Ksawery próbował uspokoić Ignacego, który aż trząsł się ze złości, jednak bezskutecznie.

— Wariat Ignacy?! —  tu Ignacy nie wytrzymał i walnął Karola prosto w nos. Karol stał oszołomiony a Ksawery modlił się, aby ten uczynek Ignacego został mu wybaczony.

— Natalio, zabierz kwiaty i chodźmy stąd.

— Ależ Ignacy, przecież ja nie mogę go teraz tak zostawić! Zadzwonię jutro do ciebie, dobrze? Wszystko ci wyjaśnię a teraz pójdziemy ze Karolem do lekarza, żeby mu ten nos opatrzył.

— Nie dzwoń już do mnie Natalio. Nie przychodź w ogóle nie pokazuj mi się na oczy. Żegnam cię ozięble.

Ignacy oddalił się spokojnym, dostojnym krokiem, wyprostowany z podniesioną głową.

Długo jeszcze nie mógł się nadziwić, jak celny był cios który zadał Karolowi. Ksawery natomiast podążył za nim, najbardziej oszołomiony z nich wszystkich. Nie myślał, że jedno podłożenie nogi może spowodować taką lawinę wypadków, która zaważy na życiu Ignacego. Kiedy oboje weszli do domu, u Stefciu w domu zgaszone były już światła. Ignacy spojrzał przelotnie na zegarek: 22.30. Wszedł do wanny, umył się i zapakował do łóżka. Trochę z siebie zadowolony, trochę jeszcze myślący o Natalii, jednak całkiem już spokojny. Spokojny, bo cały czas miał niejasne przeczucie że nie jest sam, że ktoś za nim stoi i za nim podąża. I bynajmniej nie jest to ktoś  nieprzyjazny, wręcz przeciwnie. Ktoś, kto był równie jak on zadowolony z faktu, że Karol dostał prosto w nos, a Natalia miała wówczas najgłupszą minę, jaką zdarzyło się im obydwu w życiu widzieć.

,stare miasto

Rozdział   III

 

Następnego dnia, a była to sobota, Stefcia przebudziwszy się wyjrzała za okno. Śniegu ani grama, słońca też nie za dużo. W pierwszej chwili chciała szukać Ksawerego, ale zaraz uświadomiła sobie, że przecież on sobie teraz pewnie śpi smacznie u Ignasia i nie należało ich budzić. Dziewczynka zupełnie już rozespana, weszła do kuchni, gdzie czekało na nią śniadanie w postaci dwóch kanapek: z jajkiem i twarogiem, czyli tym co Stefcia lubiła najbardziej. Zajrzała jeszcze dyskretnie do sypialni rodziców, ale oboje smacznie spali. Zjadła śniadanie, ubrała się i myślała co by tu teraz zrobić. Jakoś dziwnie nie miała na nic ochoty i była pewna że gdyby Ksawery tutaj był na pewno wymyśliliby jakąś pyszną zabawę.

Pomyślała więc, że może usiądzie sobie na schodach i poczeka; może ta Natalia przyjdzie do pana Ignasia, a ona jej wtedy powie co o niej myśli. Uznała to za całkiem dobry pomysł; zeszła na dół i usiadła obok drzwi do mieszkania Ignacego. Nie zdążyła zanucić pod nosem całej piosenki, której ostatnio się nauczyła, kiedy na schodach pojawiła się Natalia. Ubrana w modny kożuszek koloru beżowego, krótką czarną spódniczkę i kozaczki, w czapce na głowie, miała minę dosyć niepyszną. Stefcia nieomylnie stwierdziwszy, że to na pewno jest Natalia, podniosła się ze schodów i grzecznie zapytała:

— A pani do kogo?

Natalia zmierzyła ją pogardliwym wzrokiem od stóp do głów:

— Ja do pana Ignacego. A tak w ogóle to co ciebie to obchodzi, drogie dziecko? —  powiedziała pretensjonalnym tonem.

— Ignaś to mój przyjaciel. Jeżeli chce pani go odwiedzić, musi się pani najpierw zapytać mnie, czy Ignaś ma ochotę na gości.

— A niby jak chcesz się dowiedzieć, czy Ignacy ma ochotę na cokolwiek, kiedy stoisz na schodach przed jego mieszkaniem? —  Natalia wydała lekceważąco wargi.

— Oh, ja po prostu WIEM takie rzeczy i wcale nie muszę wchodzić do jego mieszkania, by się o tym przekonać — powiedziała Stefcia patrząc z wyraźną wyższością na Natalię.

— W takim razie przekonajmy się — i zanim Stefcia zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, Natalia nacisnęła dzwonek.

Ignacy, śpiąc jeszcze smacznie, zerwał się jak oparzony. Ksawery, bardzo wyczerpany wczorajszym dniem spał na fotelu i w ogóle nie usłyszał dzwonka. Ignacy natomiast będąc przekonany, że za drzwiami zastanie Stefcię, która będzie żądna wszelkich szczegółów wczorajszego dnia i popołudnia, zaczął doń mówić zmierzając ku drzwiom:

— Stefcia, co też ci przyszło do głowy, żeby mnie budzić o tak wczesnej godzinie? Przecież wiesz, że i tak bym ci opowiedział, co było wczoraj. Miałaś rację co do tej Natalii, ona jest… — mówiąc to otworzył drzwi i natychmiast miał ochotę je zamknąć bowiem przed nimi stała Natalia. A obok Stefcia która natychmiast zaczęła się tłumaczyć:

— Ja jej tu nie przyprowadziłam panie Ignasiu, ona tu sama przyszła i w ogóle nie chciała mnie… — tu przerwała jej wściekła Natalia.

— Oj nieważne. No Ignacy, dokończ, jaka jestem, hmm?

— O, Natalia. Może wejdziesz? — powiedział otrząsnowszy się Ignacy.

— Może wejdę może nie, ale najpierw powiedz temu okropnemu dziecku, żeby tu nie stało i nie gapiło się tak bezczelnie.

— Ależ to nie jest żadne okropne dziecko, tylko Stefcia — powiedział pojednawczym głosem Ignacy — ale rzeczywiście lepiej będzie Stefciu jak pójdziesz do domu.

— A niby czemu? Ja tam nie chcę do domu tylko do pana panie Ignasiu, zresztą ja muszę się zobaczyć z Ksawerym i z nim poważnie porozmawiać.

— Jakim znowu Ksawerym? —  tym razem to Natalia była blada jak ściana — Ignacy, czy ja dobrze usłyszałam? Czy ty mieszkasz jeszcze z jakimś, jakimś Ksawerym? Masz współlokatora i ja nic o tym nie wiem?!

—  Oczywiście, że mieszka. Przynajmniej tak mi się wydaje, bo u nas go nie ma. No niechże mnie pan wpuści panie Ignasiu, bo ja koniecznie muszę z nim pogadać —  powiedziała Stefcia.

— Natalia ja ci zaraz wszystko wyjaśnię, tylko wejdź do mnie i porozmawiamy, proszę wejdź — tu wepchnął wręcz Natalię do środka a sam wyskoczył na klatkę schodową:

—  Stefcia, czyś ty oszalała? Co to za Ksawery?

— A to się porobiło —  westchnęła Stefcia — bo widzi pan, Ksawery to jest ta niespodzianka co ja panu o niej mówiłam. To jest taki samotny biedny anioł stróż co nie miał się kim opiekować więc ja go przyprowadziłam do pana i on cały czas za panem wczoraj chodził no i pewnie teraz jest u pana bo on ma pana pilnować.

— Anioł powiadasz? Znalazłaś mi anioła stróża, tak? I on ma na imię Ksawery? —  upewniał się Ignacy — oj Stefcia Stefcia — westchnął — dobra, potem pogadamy, a teraz idź do domu.

— Muszę? Ja naprawdę powinnam pogadać z Ksawciem bo on chyba nie bardzo wie jak..

— Pogadasz z nim później —  przerwał jej Ignacy — a teraz marsz do domu bo jeszcze Natalia gotowa sobie pomyśleć Bóg wie co.

— No trudno. To ja idę  z powrotem do domciu — Stefcia była wyraźnie niepocieszona, ale nawet już nie mogła nic powiedzieć bo Ignacy wszedł do mieszkania. Poszła więc z opuszczoną głową po schodach na górę.

Natalia siedziała z obrażoną miną na kanapie.

— Może herbaty? —  zapytał uprzejmie Ignacy.

— Ty mnie herbatą Ignacy nie czaruj. Przez to okropne dziecko o mało co nie dostałam zawału serca kiedy powiedziało o tym Ksawerym. Ale jak widzę, był to tylko niesmaczny żart.

Istotnie, Natalia zdążyła się rozejrzeć po mieszkaniu Ignacego, gdzie nic nie wskazywało na istnienie jeszcze jakiegoś lokatora. Tak więc była ona już zupełnie spokojna i myślała jakby tu wybrnąć z wczorajszego, niefortunnego spotkania.

— Istotnie Stefcia, bywa dzieckiem dosyć niesfornym, ale żeby zaraz okropnym… — podjął Ignacy.

— Oh, nieważne. Przecież nie przyszłam tu żeby rozmawiać o tym dzieciaku.

— No właśnie Natalio, po coś ty tu właściwie przyszła? Wydaje mi się że wczoraj powiedziałem ci już wszystko — powiedział Ignacy, który zdążył w przelocie założyć szlafrok, podany mu przez Ksawerego. Ten, całkiem już rozbudzony, połapał się w całej sytuacji i usiadł przy stole zastanawiając się co by tu zrobić żeby Ignasiowi jakoś pomoc. Myślał, myślał i nic nie wymyślił więc udał się do Stefci. Natalia natomiast zaczęła się plątać w odpowiedzi:

— Po co? No, żeby cię zobaczyć, wyjaśnić, porozmawiać.

— Ale co tu jest do wyjaśniania? Mi już wystarczy to co widziałem wczoraj Natalio, naprawdę nie chcę o tym rozmawiać — Ignacy odwrócił głowę do okna.

W głębi duszy czuł się bardzo zraniony i urażony ale nie chciał dać tego po sobie poznać. Nie Natalii, nie jej. Nie teraz, kiedy zobaczył jaka jest naprawdę. Natalia natomiast pomyślała że Ignacy ma bardzo ładny profil i coś jakby ja ukłuło. Ukłuło i zniknęło.

A profil Ignacy rzeczywiście miał bardzo ładny. Ostre rysy twarzy i okulary nadawały mu inteligentny wygląd, a w brązowych, orzechowych oczach zwykle tańczyły wesołe ogniki. Lecz nie tym razem. Teraz Ignacy jakby się skurczył, zgarbił i zgasł.

— Ależ Ignacy, to wszystko jest nie tak jak myślisz — znów zaczęła Natalia.

— A skąd ty wiesz, co ja myślę? Wiesz co Natalia, mnie naprawdę  nie chce się słuchać tego co chcesz mi powiedzieć. Ja widziałem i to mi wystarcza wiem swoje i…

— Jak zwykle najmądrzejszy! Wszystkowiedzacy! Nie obchodzi mnie czy chcesz czy nie chcesz mnie słuchać. I tak ci powiem co miałam ci powiedzieć. Karol to wspaniały człowiek, wiesz? Nie siedzi całymi dniami w książkach i widzi coś więcej poza czubkiem swoich okularów! I w przeciwieństwie do ciebie, bardziej od Kanta obchodzę go ja!

— Tak, to zdążyłem zauważyć Natalio. A co on takiego wspaniałego robi, co? Chodzi do siłowni, na fitness i do solarium. Czasem pewnie zdarza mu się otworzyć jakieś pismo o samochodach. I pewnie doskonale zna się na telefonach komórkowych.

— A nawet jeżeli to co? To coś złego? Nie wszyscy muszą interesować tymi twoimi mądrościami!

—  Oh, dobrze wiesz że nie o to chodzi — Ignacy aż zaczął się zastanawiać czy Natalia rzeczywiście nic nie rozumie czy być może tylko udaje — chodzi o to że mnie oszukałaś Natalio.

— Oj tam od razu oszukałam. A zresztą skąd wiesz w jakim celu się z nim spotkałam, co?

— Przestań na litość boską! Oboje doskonale wiemy, że ty nie masz żadnej ciotki!

— No dobrze nie mam, ale żeby od razu mówić ze cię oszukałam?

— Dla mnie wszystko jest jasne, Natalio. Lepiej będzie jak już pójdziesz.

— Skoro tak uważasz. Żegnam cię Ignacy. Nie odprowadzaj mnie do drzwi poradzę sobie.

Natalia wyszła, a Ignacy zapadł się w fotelu. Przez chwilę jeszcze myślał czy aby na pewno słusznie postąpił z Natalią. Może rzeczywiście to ona miała rację, a nie on? A jeżeli ten cały przebrzydły Karol to tylko miły facet który kupił kwiaty dla cudownie odnalezionej ciotki Natalii? Nawet jeżeli to Ignacego i tak już to nie obchodziło bowiem bardziej zabolało go co innego.

„Przecież to nieprawda że siedzę cały czas w książkach —  myślał — fakt że interesuje mnie coś więcej niż chodzenie do solarium, to nie powód dla którego miałbym czuć się gorszy! Zresztą to wszystko i tak było bezsensu. Boże, gdzie ja miałem oczy! A ten zarzut że bardziej od niej interesuje mnie Kant jest niedorzeczny, wprost śmieszny!”.

Tu Ignacy zaniósł się głośnym, uwalniającym śmiechem który wypełnił całe mieszkanie, ba nawet całą kamienicę.