Proza

Krok w dorosłość rozdziały IV -VI ciąg dalszy nastąpi

stare miasto

Krok w dorosłość rozdziały IV -VI ciąg dalszy nastąpi

stare miasto

 

                                             Rozdział IV

Śmiech Ignacego, jakkolwiek bardzo głośny, nie dotarł do Stefci, która siedziała z Ksawerym, a teraz już Ksawciem, w lodziarni. Stefcia zabrała go tam po tym, jak zjawił się u niej w domu, wyszedłwszy od Ignacego.

Zanim trafili do lodziarni, dziewczynka trochę się nudziła i myślała o świętach które niepostrzeżenie minęły. Na wigilii była Wiola, Henryk, Stefcia, Ignacy, który po dwudniowym przekonywaniu, że na pewno nie zrobi kłopotu, ostatecznie zgodził się przyjść no i oczywiście Ksawery, który szybko zaprzyjaźnił się z aniołami stróżami Wioli i Henryka. Oboje byli już starymi, zmęczonymi aniołami, którzy większość czasu spali i nie mieli zbytniej ochoty ani na rozmowy, ani na cokolwiek innego. Jeżeli nie spali, to snuli się po domu albo siedzieli w kącie. Ksawery przypuszczał, że niedługo zostaną odwołani, jeżeli już nie powinni byli być. No ale błędy się zdarzają. Nawet tam.

Tak więc kiedy tylko Stefcia zobaczyła Ksawcia, wpływającego przez uchylone okno, poleciała do Henryka, wzięła pieniądze na lody i poszła wraz z nim do najbliższej lodziarni.

Buzia jak zwykle jej się nie zamykała:

— Ciekawe, czego ta podła Natalia chciała od naszego biednego Ignasia. Bo na pewno czegoś chciała. Na pewno nie przyszła, żeby sobie na niego popatrzeć. Jej to w ogóle bardzo źle z oczu patrzyło Ksawciu, ja się znam na takich sprawach, wierz mi. I w ogóle ta jaszczurka nie chciała mi wierzyć, że ja wiem, czy pan Ignaś chce ją widzieć! Oj Ksawciu, ja nie wiem co z tego wszystkiego będzie, ale ja się bardzo boję, że pan Ignaś będzie jeszcze bardziej smutny niż jest, a to by było bardzo niedobrze. Jejku ile tu smaków! — zakończyła stojąc przed lodówką pełną lodów rożnych smaków.

— Czego sobie życzysz młoda damo? —  zapytał uprzejmie pan zza lady.

— Ojejku, ja nie wiem sama… to może czekoladowe?

— Bardzo dobry wybór! Jedna gałeczka tak? — Stefcia skinęła głową — proszę bardzo —  sprzedawca podał jej lody, Stefcia zapłaciła i usiedli przy stoliku Ksawery miał bardzo markotną minę.

— Ksawciu, ty się tak nie martw tym panem Ignasiem. Mamusia mówi, że on jest w gorącej wodzie kąpany i dlatego tak mu w życiu ciężko. Ja tam nie wiem czy go kąpali w zimnej czy gorącej wodzie, bo mnie to kąpią w takiej noo… takiej normalnej, ale ciężko to mu chyba jest….

— Oj jest Stefciu, jest — w końcu odezwał się Ksawery — powiem ci, że ta Natalia też mi się nie podobała. Takie zimne oczy miała….

— Bo to zimna ryba jest Ksawciu kochany! Jak zjemy lody, to wrócimy do domu i pójdziemy do pana Ignasia. Trzeba się dowiedzieć, czym  to się wszystko skończyło, a Wacek, ten co, a zresztą ty wiesz Ksawciu co, no więc ten Wacek to powiedział, że jego starsza siostra  płakała cały dzień, jak taki chłopak co do nich codziennie przychodził teraz przestał. I ja sobie myślę, że może ta zimna ryba przyszła teraz do pana Ignasia ostatni raz i on sobie teraz popłacze cały dzień, my mu zrobimy herbatkę popłacze tak sobie no i przestanie. Jak myślisz Ksawciu, z tą herbatą to dobry pomysł? Bo tatuś mówił mamusi ostatnio żeby nie piła na noc herbaty, bo nie będzie mogła spać, ale ja myślę że pan Ignaś i tak będzie mógł spać bo…

— Stefciu! Daj mi się skupić! Chociaż przez chwilę! Próbuję wymyślić jakiś plan, żeby Ignacemu pomoc, ale nic nie mogę wymyślić, bo ty mi ciągle nad uchem gadasz — Ksawery widząc smutną i urażoną minę Stefci, obniżył z tonu i przyjacielsko powiedział — no nie gniewaj się Stefciu, ja wiem że ty masz dużo rzeczy do powiedzenia, ale wiesz, czasami dobrze jest sobie pomilczeć. Tak spokojnie posiedzieć, pomyśleć i zastanowić się nad pewnymi rzeczami. Więc może sobie tak teraz posiedzimy, ja pomyślę a ty…

— Pan Ignaś — krzyknęła uszczęśliwiona Stefcia bowiem istotnie, Ignacy wszedł do lodziarni jak niepyszny.

Zbliżała się pora obiadowa, a lodówka Ignacego, jak zwykle zresztą, świeciła pustkami. Tak więc postanowiwszy, że poprawi sobie humor, udał się do najbliższej lodziarni. Kupił trzy gałki, przysiadł się do stolika Stefci, a Ksawery pomyślał, że ludzie mają zaskakującą zdolność do robienia rzeczy zupełnie niespodziewanych no i cóż tu dużo mówić, zjawiania się wtedy, kiedy są najmniej potrzebni. Nie mniej jednak Ksawery ucieszył się bardzo widząc, bądź co bądź, swojego podopiecznego i zajęty słuchaniem rozmowy między Ignacym a Stefcią, czyścił sobie bardzo zakurzone już skrzydła. Z tego wszystkiego bowiem, zapomniał ich czyścić regularnie, tak więc bynajmniej nie świeciły one teraz anielskim blaskiem.

—  Echchch — Ignacy westchnął ciężko — co tam słychać Stefciu u rodziców, hm? Dawno u was nie byłem. Powinienem wpaść, podziękować, ale jakoś zupełnie ostatnio nie mam na nic ochoty.

— Oj tam panie Ignasiu! My się bardzo cieszymy, że był pan na wigilii i za nic pan dziękować nie musi, ale ja wiem dlaczego pan nie ma na nic ochoty, panie Ignasiu, wszystko przez tą przebrzydłą, okropną, potworną Natalię.

— Nie potraktowała cię zbyt uprzejmie, to fakt ale to jeszcze nie powód Stefciu żeby obsypywać ja takimi epitetami — powiedział Ignacy chcąc złagodzić sytuację, ale wywołał efekt wprost odwrotny.

— Zbyt uprzejmie? Ona mnie, panie Ignasiu, obraziła! I to jak! taka zimna ryba nie będzie mi mówić co ja wiem a czego nie wiem! Ona w ogóle niczego nie będzie mi mówić, ot co! Ja starałam się być dla niej miła, naprawdę ale ale ale ona mnie tak podle zlekceważyła.

Tu Stefcia zaniosła się głębokim płaczem. Była bowiem dzieckiem nadzwyczaj wrażliwym , skłonnym do płaczu, histerii i popadania w skrajne nastroje. Dotychczas nie dała nikomu po sobie poznać, jak bardzo uwaga Natalii ją uraziła, jednak teraz, przypomniawszy sobie całe to zdarzenie, nie mogła powstrzymać się od płaczu. Tym bardziej, że Stefcia szczerze, otwarcie i bezinteresownie uwielbiała Ignacego. Od momentu kiedy wprowadził się do ich kamienicy, pomyślała, że musi to być bardzo fajowy człowiek. Głównie dlatego, że prawie zawsze miał czerwony nos, nieustannie popadał w jakieś tarapaty, miał okulary, przekrzywiony szalik no i mówił bardzo mądre rzeczy. No i tak śmiesznie strzygł uszami jak jadł. Zupełnie jak królik.

Stefcia uspokoiła się po jakiś 5 minutach, bardzo wyczerpana i zmęczona a w tym czasie Ignacy, przyzwyczajony do takich gwałtownych wybuchów płaczu u Stefci, dokończył spokojnie jeść swoje lody. Ignacy też bardzo Stefcię lubił, chociaż niekiedy jawiła mu się jako dziecko infantylne i trochę zbyt pewne siebie. Nie mógł zarzucić ani Wioli ani Henrykowi, że się swoim dzieckiem nie zajmują. Byli zapracowani, to fakt, szczególnie Henryk, jednak dla Stefci zawsze czas znajdowali A że Stefcia wolała zamiast siedzieć w domu włóczyć się po Starówce i okolicach to już inna sprawa.

Matka Stefci, Wiola, niedoszła malarka, pracowała w miejscowym domu kultury na stanowisku kierownika sekcji plastycznej. Henryk natomiast, ekonomista z wykształcenia a mól książkowy z zamiłowania, pracował aktualnie na stanowisku szefa działu transportu w firmie przewozowej. U Stefci w domu mnóstwo było rzeczy niepotrzebnych, jednak Wiola za żadne skarby świata nie chciała ich wyrzucić. Znaleźć więc można było papierową głowę lwa, papierowe aniołki, kwiaty oregami, kokardki, wstążeczki, zaschłe kwiaty, zwoje kolorowych brystoli, niezliczoną ilość flamastrów i kredek nie od kompletu i wszystko to, co z ośrodka kultury chciano wyrzucić. Henryk, po tym jak któryś raz potknął się o flamaster leżący na środku pokoju i złamał nogę, zrobił Wioli karczemną awanturę, którą słyszał nawet Ignacy. Wiola jednak swojego zdania nie zmieniła i nadal znosiła do domu to, co inni nazywali „bibelotami”. Henryk po paru dniach nieodzywania się w końcu zmiękł i wszystko wróciło do normy. Wiola znowu była szczęśliwa, mogąc wymyślać coraz to nowe dekoracje, Henryk mógł dalej zaczytywać się w swoich powieściach detektywistycznych, a Stefcia patrzyła na rodziców myśląc, czy rodzice wszystkich dzieci mają takie nietypowe upodobania. Stefcia więc rosła w poczuciu wyjątkowości i oryginalności swojej rodziny traktując ich z lekkim przymrużeniem oka, jednak kochając nade wszystko w świecie.

Henryk był stanowczo przeciwny eskapadom Stefci, jednak Wiola była zdania, że dziecku wyjdzie to na dobre, że pozna świat i nauczy się samodzielności. Była święcie przekonana, że nic jej się w obrębie Starówki nie stanie, że sobie poradzi bo jest dzieckiem mądrym i roztropnym. Tak więc Stefcia w weekendy i wolne dni, wychodziła rano rzucając: „papatki!” zbiegała z uśmiechem po schodach, wybiegała na dwór i wędrowała sobie po mieście do obiadu. Potem wracała, wszystko Wioli dokładnie opowiadała, pomagała jej szykować dekoracje i trajkotała o najróżniejszych rzeczach do wieczora. Oglądała wieczorynkę, przy czym zawsze dostawała wypieków, kąpała się i szła spać.

Nikt nie zdoła policzyć ile bezdomnych psów, kotów, nieraz i biednych dzieci przewinęło się przez ten dom. Nawet Wiola nie była w stanie powiedzieć, ile razy radosna Stefcia już na progu krzyczała: „mamy gościa mamusiu!”, a ona sama szła po jeszcze jeden talerz, czasem miskę gorącej zupy. Henryk kręcił z dezaprobatą głową, mamrotał coś po nosem i dalej czytał przerwany rozdział. Nieraz chodził ze Stefcią na spacery, gdzie rozmawiali sobie jak prawdziwi przyjaciele o kolegach i koleżankach Stefci, po czym wracali do domu, gdzie Henryk znowu siadał w fotelu, pił herbatę i czytał książki. Stefcia była w stu procentach przekonana że w takich momentach tatko odjeżdża sobie na inną planetę, a potem z niej wraca. Tak więc, kiedy Stefcia pierwszy raz przedstawiła Wioli Ksawerego, ta nie była bynajmniej zdziwiona, a Henryk jak to on miał w zwyczaju, pooburzał się przez jakiś czas, poczym zaakceptował całą sytuację i wszystko wracało do normy.

Kiedy Stefcia skończyła płakać, Ignacy podjął:

— Dobrze że się już uspokoiłaś Stefciu. Nie można robić histerii z byle czego. Zresztą nie martw się, zaręczam ci święcie, że Natalii nigdy w życiu już nie zobaczysz i że jej stopa nigdy już nie postanie w naszej kamienicy.

— To cudnie! — Stefcia cala się rozpromieniła — nigdy przenigdy? Oh jakież to piękne! A wie pan, panie Ignasiu, że Ksawcio, to naprawdę wtedy u pana był? Spał sobie biedaczek w fotelu jak ta Natalia przyszła i obudziła biednego Ksawcia. A potem sobie poszedł bo on jest, musi pan panie Ignasiu wiedzieć, aniołem bardzo niedoświadczonym, i nie wiedział jak się zachować. Poza tym Natalia wydzielała bardzo negatywne fluidy, które tylko obniżały samopoczucie i unieszczęśliwiały Ksawcia. Zresztą on tu teraz siedzi dokładnie naprzeciwko pana, panie Ignasiu.

—  Oh, doprawdy? — Ignacy poczuł się zmieszany. Nikt nie lubi być widzianym przez kogoś, kogo sam nie może zobaczyć. Poza tym myślał nad tym co właśnie przyrzekł Stefci. Pewien był, że Natalia była błędem i że tak naprawdę nigdy nie powinni byli się spotkać ale samotność gryzła go i chociaż nie dawał tego po sobie poznać, często ogarniała go nostalgia i melancholia —  A co on teraz robi?

— Ksawcio? — Stefcia spojrzała na Ksawrego, który słuchał z zainteresowaniem całej rozmowy, od czasu do czasu przeczyszczając swoje skrzydła —  on nas słucha. I czyści sobie skrzydła, bo tu tak brudno wszędzie, a on ma piękne skrzydła. Takie srebro-sniezno-biale. I taaakie duże.

— To wspaniale. Anioły powinny mieć czyste skrzydła. Inaczej nie będą mogły wzlecieć. Stefciu, czy on jest cherubinem? A może archaniołem?

„W co za idiotyczną rozmowę ja się wdałem — myślał Ignacy — rozmawiam o nim jakbym naprawdę wierzył, że on tu jest a przecież to chyba niemożliwe chociaż czy ja wiem… nie mniej jednak trzeba jakoś z tego wybrnąć”.

— Ojejku, a wie pan panie Ignasiu że ja nie wiem — Stefcia poważnie się zmartwiła — ale on chyba taki zwykły jest żaden archanioł czy ten che che..

—Cherubin

— no właśnie. Taki zwykły ale bardzo kochany ale cóż pan mówi panie Ignasiu?! On nie poleci z brudnymi skrzydłami?!

— No…nie anioły nie mogą mieć brudnych skrzydeł. Ich skrzydła muszą być całkowicie, podkreślam całkowicie białe. Inaczej ten cały brud z ziemi zbytnio je obciąży no i nie wzlecą.

— Hyyyyyyyyyyy to ja muszę szybko to Ksawciowi powiedzieć, zresztą skoro on nas słucha to pewnie wie. Ojejku, a co będzie jak on już nigdy nie wzleci?

— Będzie musiał zostać tu na zawsze.

„Boże co za głupoty ja wygaduję — myślał Ignacy, który właśnie zaczął nie poznawać samego siebie”.

— Na zawsze?! — Stefcia była przerażona — ale jak to na zawsze?! Chociaż może to by fajnie było.

— Stefciu, czy ty nie musisz przypadkiem wracać już na obiad?

— hyyyyyyyy obiadek! Ja całkiem zapomniałam! Chodź Ksawciu, trzeba iść do domu bo mamusia na nas czeka może znowu będzie pomidorowa. No nie grzeb się tak!

Ksawery wstawał, wyraźnie ociągając się, bowiem nie bardzo wiedział z kim ma iść. Czy z Ignasiem, który zamierzał wybrać się właśnie na długi spacer by wszystkie swoje smutki rozwlec po ulicach Warszawy, czy ze Stefcią do domu. W końcu zdecydował:

— Nie obraź się Stefciu, ale ja pójdę z Ignacym on chyba bardzo teraz kogoś potrzebuje wyczuwam u niego takie dziwne fluidy, jakby samotności beznadziejności, sam nie wiem w każdym razie będzie lepiej jeżeli pójdę z nim. Tak myślę.

— Ech — Stefcia była wyraźnie niepocieszona — panie Ignasiu, Ksawcio idzie z panem niech go pan pilnuje. To na razie papatki.

Ani Ksawery ani Ignacy nie zdążyli nic powiedzieć, a już Stefci nie było. Ignacy westchnął ciężko, wyszedł z cukierni i udał się na bardzo długi spacer wraz z Ksawerym, a Stefcia wróciła do domu tłumiąc łzy. Na stole leżał gorący talerz zupy ogórkowej.

— A to co? Nie mamy dzisiaj żadnych gości na obiadku? A ten anioł? ach zapomniałam on nie jada obiadów. Co się stało moje dziecko? — spytała Wioletta widząc Stefcie cala zapłakaną.

— Bo, bo on…on poszedł z panem Ignasiem buuuuu

— Panem Ignacym — odezwał się znudzony głos z drugiego pokoju.

— Och, ale na pewno wróci no nie płacz Stefciu, z tego co pamiętam to miał być anioł pana Ignacego, nie twój. Przecież ty go znalazłaś właśnie dla Ignacego —  próbowała pocieszać Wioletta.

— Och, a czy nie może on być nasz wspólny? — spytała Stefcia, z nadzieją w głosie.

— No raczej nie — zaśmiała się Wioletta — każdy ma swojego jednego anioła stróża, ale przecież będziesz go widywała złotko, nie przepadł gdzieś nie wiadomo gdzie. Praktycznie to on jest za ścianą.

Stefcia uspokoiła się zupełnie bowiem najbardziej na świecie wierzyła Wioleccie.

— Skoro mamusia tak mówi — myślała -— to na pewno tak właśnie jest. Tylko tak jakoś smutno bez Ksawcia u boku.

— No dosyć mazania! — podjęła dziarsko Wioletta — jedz zupę, zaraz będzie drugie, a potem porobimy kukiełki na teatrzyk w domu kultury. Co ty na to moja droga?

—  Taaaaak — krzyknęła uszczęśliwiona Stefcia — ja zrobię kukiełkę anioła stróża, dobrze?

Srebrzysty śmiech Wioletty rozbrzmiał w całym mieszkaniu, zwabiając do kuchni Henryka.

— Ależ Stefciu, w moim przedstawieniu nie będzie aniołów stróżów —  to będzie bajka o księżniczce i rycerzu.

— Czy w tym domu nie można już rozmawiać o czymś innym niż o aniołach stróżach fruwających, latających i bóg wie co jeszcze robiących? — zapytał Henryk lekko rozbawiony całą sytuacją — Stefciu, zrób kukiełkę księżniczki, mogę ci pomoc jak chcesz.

— Ależ to będzie pyszna zabawa! —  Stefcia była czerwona ze szczęścia — my zrobimy z tatusiem kukiełkę księżniczki, a ty mamusiu rycerza. Zrobisz nam budyń, mamusiu proszę?

—  Zrobię zrobię. Całą miskę budyniu wam zrobię, żebyście mieli dużo siły i ochoty do pracy.

Wiola popatrzyła z czułością na Stefcię i Henryka zabierających się za robienie kukiełek. Henryk ożywiał się przy Stefci jak dziecko i tak też się zachowywał. Pełen wigoru radości instruował Stefcię, która zapatrzona w ojca, wykonywała z radością jego polecenia. Ani się obejrzeli, a już głowa kukiełki była gotowa, już Stefcia zabierała się za rysowanie szablonu jej sukienki. Wiola zrobiła budyń, usiadła między nimi na podłodze i zabrała się za robienie kukiełki rycerza. W takich chwilach właśnie czuła, że jest najszczęśliwszą osobą na świecie. Nie podczas kolejnych wystaw i wernisaży na których zbierała liczne pochwały, tylko właśnie teraz, mając obok siebie ukochaną Stefcię. I Henryka, który ciągle od nowa ją zaskakiwał.

 

                                     Rozdział V

Profesor Ząbkowicz, mieszkający w bloku przy ulicy Miodowej, wiódł dosyć ascetyczny żywot. Jego mieszkanie, zawalone książkami i gazetami, nawet tymi sprzed dziesięciu lat, było mieszkaniem, potocznie mówiąc zaniedbanym. Na regałach i lampach zalegał kurz, szafki w kuchni świeciły pustkami, bowiem profesor ograniczał się tylko do posiadania rzeczy niezbędnych. Wychodził z założenia, że po co mu mieć 5 kubków i 10 talerzyków skoro i tak zawsze pije z tego samego i je na zmianę z dwóch? Takim oto sposobem, na pierwszy rzut oka mieszkanie było dosyć pustawe. Ciężkie, wiśniowe zasłony pogrążały pokój i sypialnię w półmroku, który rozjaśniały tylko nocne lampki. Na honorowym miejscu, na zielonym stoliku, stał gramofon, którego profesor zwykł nazywać swoim starym, najlepszym oldboyem. Z oldboya leciała zawsze i niezmiennie ukochana przez profesora muzyka klasyczna, która jakimś cudem, dodawała swoistego uroku temu mieszkanku, czyniąc z niego przytulny, cichy, zatrzymany w czasie zakątek.

Nie dziwnym jest więc, że profesor Ząbkowicz, rozmiłowany w kulturze antycznej i przywiązany do wszystkiego co klasyczne oraz stare, zdziwił się niezmiernie, kiedy podczas swojego pierwszego dnia pracy w nowej szkole, ujrzał na szkolnym korytarzu Stefcię, początkowo biorąc ją za projekcję swojej wyobraźni. Kiedy jednak zbliżył się do tego, jak mu się zdawało, przedziwnego zjawiska, spostrzegł, że jest ono jak najbardziej rzeczywistym i realnym dzieckiem, które co więcej, uśmiecha się do niego. Stało właśnie przy oknie, wyraźnie odznaczając się zielonymi rajstopkami na chudziutkich nóżkach, czarną spódnicą i różowiutkim sweterkiem, kiedy poczuło na sobie czyjś wzrok i odwróciło się. Dwa czarne kucyki, związane niebieskimi gumkami, wyraźnie odcinały się od bieli zawieszonej firanki, podobnie zresztą jak te Stefci ogromne, czarne oczy, które profesor od razu uznał za bystre i inteligentne, co kłóciło mu się z jej wyglądem. Był on nim dosyć zszokowany i co więcej, postanowił natychmiast zadzwonić do rodziców Stefci, by ci jak najszybciej pojawili się w szkole i wyjaśnili mu, dlaczego w tak komiczny, a dla profesora upiorny sposób, ubierają własne dziecko. Jednak owe dziecko, ku zdumieniu nauczyciela, bynajmniej nie czuło się ani zażenowane, ani zawstydzone swoim wyglądem, co więcej, wydawało się bardzo uszczęśliwione i zadowolone z tego, w jaki sposób było ubrane. Gdy więc Stefcia odwróciła się od okna, profesor podszedł, i zapytał:

— Jak się nazywasz, moje dziecko?

— Stefcia — odpowiedziała spokojnie.

— Stefcia i co dalej? Dopytywał się profesor.

— Jak to, co dalej?  — zapytała zdziwiona Stefcia —  Stefcia i nic dalej — Stefcia bowiem nie mogła przypomnieć sobie, żeby było jakieś dalej.

W tym momencie zadzwonił dzwonek, więc profesor machnął ręką i poszedł do pokoju nauczycielskiego z zamiarem sprawdzenia w dzienniku, jak Stefcia ma na nazwisko. Jednak w tej chwili przypomniał sobie, że przecież nie wie nawet, do której klasy to cudaczne dziecko chodzi, więc nie ma jak tego sprawdzić. Wziął dziennik 1A, z którą teraz miał lekcję i podążył do sali 41. Jakież było jego zdziwienie, kiedy w trzeciej ławce pod oknem, ujrzał nie kogo innego, jak właśnie Stefcię, piszącą coś uważnie w zeszycie. Cała klasa wstała by powitać nauczyciela, następnie usiadła, a Stefcia aż pisnęła z radości, widząc że ten zabawny, niski starszy pan, który z nią rozmawiał na przerwie, jest jej nauczycielem. Przypomniał jej on bowiem starego krasnala z ilustrowanej książki, którą zawsze przeglądała przed snem i od razu zapałała do niego sympatią.

Za moment jednak przypomniała sobie, że nie wie nadal co było dalej i czy w ogóle jakieś dalej było. Ksawery, będąc właśnie na mieście z Ignacym, nie mógł jej pomóc. Stefcia co prawda bardzo go prosiła, by poszedł z nią do szkoły, jednak on się uparł (a anioły stróże potrafią być bardzo uparte) i powiedział, że pójdzie jutro, ze Stefcią zobaczy się wieczorem, a w ciągu dnia musi pomóc Ignacemu w wyborze nowych zasłonek. Tak więc Stefcia siedziała w ławce z bardzo smutną i zarazem skupioną miną, próbując coś wymyślić. „Jeżeli nawet nie było tego dalej, to ja je teraz wymyślę”. No i pomyślała, że dalej będzie truskawka, bo wczoraj jadła makaron z truskawkami i bardzo jej smakował. Czekała w napięciu, aż profesor powie Stefcia, a dalej „truskawka”, jednak nic takiego się nie stało. Kiedy nauczyciel doszedł do Stefci, wyczytał Stefania Kleus, a Stefcia siedziała cicho, cichuteńko.

— Stefania Kleus – powtórzył zniecierpliwiony, myśląc, że Stefcia sobie z niego żartuje.

Lecz Stefcia nadal się nie odzywała, przyzwyczajona, że wszyscy, nawet nauczyciele, mówią na nią Stefcia, a nie Stefania, a w dodatku dalej miało być truskawka, a nie jakieś Kleus.

—  Stefanio dość żartów. Proszę w tej chwili się odezwać.

W końcu Wacek, który wiedział, że chodzi o Stefcię, krzyknął na całą klasę:

—  Jest!!!!!!!!!!!!!!!!

Zdezorientowany profesor, przez lata pracujący w klasach maturalnych w liceum i nie przyzwyczajony do takich spontanicznych wybryków, zapytał bezradnie jak dziecko:

— Ale gdzie?

W końcu Stefcia, dusząc się ze śmiechu, powiedziała:

— Tutaj jestem, panie psorze.

— Panie co? — profesor znowu ogłupiał.

— Panie psorze — powtórzyła grzecznie Stefcia, nie bardzo wiedząc, czemu profesor się dziwi.

— Mówi się: panie profesorze, a nie panie psorze — pouczył ja Ząbkowski.

— A na mnie mówi się Stefcia, a nie Stefania no i dalej, z tego co wiem jest Truskawka, a nie jakieś Kleus coś tam.

Profesor spojrzał jeszcze raz do dziennika, gdzie jak byk napisane było: Stefania Kleus.

— Czy jesteś tego pewna, moje dziecko?

—  Ależ oczywiście. Przecież ja wiem najlepiej co jest dalej.

— W takim razie trzeba będzie to wyjaśnić — powiedział profesor rzeczowym tonem.

Napisał obok w nawiasie Truskawka, po czym już chciał się zabrać do przeprowadzenia lekcji, kiedy Wacek znowu wrzasnął na całą klasę :

— Auuuuuuuuuuuu!!!!!

— Co się znowu dzieje? — profesor był wyraźnie poirytowany.

Koledzy przestrzegali go przed nauczaniem w klasach pierwszych podstawówki, lecz Ząbkowski nie miał większego wyboru. Liceum w którym dotąd pracował zostało zlikwidowane, a on potrzebował jak najszybciej pieniędzy, by spłacić kredyt, zaciągnięty na wykupienie mieszkania. Wiedział, że nie będzie łatwo, lecz nie przypuszczał, że już na pierwszej lekcji tak bardzo rozboli go głowa.

— Kto mi to wyjaśni? Chłopcze, dlaczego krzyknąłeś :auuuuuuu?

— Ja? To znaczy, Michał mnie kopnął w kostkę.

— Wcale go nie kopnąłem! On kopnął się sam — zaprzeczył natychmiast Michaś.

— Dobrze, tak więc oboje pójdziecie teraz do pani dyrektor i opowiecie jej, co się stało —  profesor wciąż stosował licealne metody.

— Ale jak to? Co mamy opowiedzieć? — Wacek nie bardzo wiedział o co chodzi.

— No jak to co? To co się stało.

— Mamy powiedzieć że pan przyszedł, sprawdził listę obecności, i że Stefcia się nie…

— Nie, wy lepiej nigdzie nie idźcie —  profesor widząc miny chłopców, zrezygnował z tego pomysłu —  po prostu siedźcie cicho do końca lekcji, a teraz zapiszemy…3

W tym momencie zadzwonił dzwonek i wszyscy rzucili się do pakowania tornistrów. Profesor machnął ręką i poszedł do pokoju nauczycielskiego, gdzie dowiedział się że na Stefanię, istotnie wszyscy mówią Stefcia, ale bynajmniej nie nazywa się ona Truskawka, lecz właśnie Kleus. Profesor dostał migreny i musiał iść do domu. Stefcia natomiast kiedy tylko skończyła lekcje wyleciała ze szkoły jak z procy, by poszukać Ignasia i Ksawcia. Była pewna, że na pewno ich spotka gdzieś na Starówce. No i ciągle była przekonana, że dalej jest Truskawka, a nie jakieś Kleus.

 

Rozdział      VI

 

Ignacy natomiast, kiedy tylko się obudził, wyjrzał przez okno, jak to miał w zwyczaju. Śnieg prószył lekko, lecz upadając na ulicę natychmiast się topił, zamieniając się w błoto. Ignacy tego nie zauważył. Zauważył natomiast, że jego szare zasłonki stały się bardzo szare i tak naprawdę dobrze by było kupić nowe. Tak więc postanowił kupieniem nowych zasłonek zacząć nowy rozdział swojego życia. Ksawery czując, że Ignaś nie jest co prawda w stanie doskonałym, ale na pewno lepszym niż był dotychczas, postanowił pomoc mu w wyborze zasłonek, a potem na chwilkę zostawić go samego i polecieć do Stefci.

Ignacy zjadł śniadanie, przeczytał jeden rozdział z zaczętej właśnie książki, ubrał się i z uśmiechem wyszedł na ulicę. Nie przeszkadzało mu nawet to, że za tydzień znowu będzie musiał wrócić na uczelnię, ani to, że zalega 2 dni ze spłatą rachunków. Był pewien, że absolutnie nic nie jest w stanie zepsuć mu dzisiaj humoru. Ksawcio szedł koło niego, cały czas próbując się z nim w jakiś sposób skontaktować, lecz na próżno. Do Ignacego nie docierało teraz nic, bowiem myślał cały czas o kolorze nowych zasłonek. Był tak zamyślony, że gdyby nie Ksawcio, minął by sklep, do którego się wybierał. Lekko pociągnął go za poły płaszcza, na co Ignaś uświadomił sobie, że przechodzi właśnie obok sklepu do którego zmierzał. Wszedł więc do niego, powitany odgłosem dzwoneczka zawieszonego nad drzwiami, i stanął z głupią miną, onieśmielony ilością zasłonek, jaka się w nim znajdowała. Ksawery lekko popchnął go do przodu, chcąc go ośmielić, jednak wywołał skutek odwrotny do zamierzonego — Ignacy wywalił się jak długi. Wstał, otrzepał się i uśmiechnął do sprzedawczyni, która przypatrywała mu się z podejrzliwą miną.

— Słucham pana. W czym mogę pomóc?

— Chciałbym kupić zasłonkę.

— Zasłonkę? Jaką? Z czego? Jakiego koloru? Jaka długość?

— eee właśnie o to chodzi że nie wiem.

W tym momencie do sklepu wpadła Stefcia, która wracając ze szkoły, zobaczyła Ignacego i Ksawerego przez szybę. Ignacy stał z głupią miną, a Ksawcio przechadzał się po sklepie macając i oglądając każdy materiał.

— Pan Ignaś!!!!!!!!! — jak zwykle przywitała go Stefcia, na co sprzedawczyni zrobiła wielkie oczy.

— O witaj Stefciu. Z nieba mi spadasz, bo ja nie wiem jaka…

— Ja zaraz pomogę panu panie Ignasiu, tylko najpierw muszę pogadać chwilkę z Ksawciem. To niezbędne. Gdzież on się podziewa? Przed chwilą go widziałam.

—  No …pewnie jest gdzieś tu… – Ignacy zrobił nieokreślony gest.

— O tu jest.  Ksewciu! Ksewciu! — krzycząc, Stefcia poleciała w stronę Ksawerego, a z perspektywy Ignacego i sprzedawczyni w pustą przestrzeń między jednym stosem materiałów, a drugich. Sprzedawczyni była bliska omdlenia widząc to wszystko. Ostatkami sił spytała:

— Przepraszam pana, ale czy to dziecko jest, no wie pan, normalne?

— Stefcia? Ależ ona jest najzupełniej normalna. W życiu nie widziałem bardziej normalnego dziecka.

Sprzedawczyni chyba nie do końca uwierzyła Ignacemu, bowiem Stefcia zaczęła rozmawiać właśnie z Ksawerym, co wyglądało jakby stała i mówiła sama do siebie. Ignacy natychmiast zaczął ratować sytuację:

— Ona, ona rozmawia z wyimaginowanym przyjacielem, wie pani, takie dziecięce zabawy.

Sprzedawczyni pokiwała ze zrozumieniem, a raczej z niezrozumieniem głową, tymczasem Stefcia prowadziła ożywiony dialog z Ksawerym:

— No i wtedy Wacek krzyknął na całą salę: jest!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Ale było pysznie! A potem Michaś kopnął go w kostkę, ale powiedział że Wacek kopnął się sam, no i zadzwonił dzwonek i pan profesor wyszedł z taką dziwną miną, jakby go bardzo głowa bolała. Mamusia czasami też ma taką minę, jak coś jej się nie uda. Ale mi chodzi o coś innego Ksawciu kochany.

— No to rzeczywiście pysznie musiało być —  powiedział nie bez ironii Ksawery — Dlaczego ten Michaś kopnął Wacka w kostkę?

— Oj ja tam nie wiem ale to nie o to chodzi innego Ksawciu. Chodzi mi o pana psora.

—  A co z nim jest nie tak?

— No właśnie o to chodzi, że nie wiem, ale coś jest na pewno. Bo on jest taki  smutny i bardzo zdenerwowany. I chyba bardzo samotny, wiesz Ksawciu. No i ja bym chciała żebyś ty poszedł jutro ze mną do szkoły, a potem pochodził za tym panem psorem, i sprawdził jak mu tam jest, co? Bo on chyba jest bardzo nieszczęśliwy. Zobaczysz Ksawciu, proszę.

— No dobrze, ale co z Ignasiem?

— Och jeden dzień bez ciebie, to jeszcze nie koniec świata, nic mu się nie stanie.

Ksawery był w kropce. Bardzo przywiązał się do Ignasia i nie chciał spuszczać go z oczu choćby na 5 minut, z drugiej jednak strony Stefcia tak bardzo go prosi, no i może rzeczywiście coś z tym panem psorem jest nie tak.

— No to pysznie. A teraz chodźmy pomoc wybrać Ignacemu zasłonki, bo on tam biedaczek czeka na nas i czeka.

Istotnie.  Ignaś czekał na nich, jednak nie bezczynnie.  Rozejrzał się troszkę po sklepie, no i znalazł to czego szukał: jasno brązowe, wpadające w kasztan zasłonki. Jednak Stefcia nie była zachwycona jego wyborem.

— Ależ panie Ignasiu, one są, one są okropne. Ksawcio na pewno też tak myśli.

Brwi sprzedawczyni osiągnęły szczyty.

— Mi się podobają – powiedział urażonym tonem Ignacy.

— Ojejku, pan się panie Ignasiu nie zna. Ja, to znaczy my, wybierzemy dla pana zasłonki. O, te są prześliczne.

Mówiąc to Stefcia pochwyciła błękitne zasłonki, w różnobarwne słonie.

— Stefciu, ja takich zasłonek nie kupię.

— Ależ czemu? No nieważne skro się panu nie podobają to nie. Ale może te? Tak te będą idealne.

Stefcia chwyciła błękitne zasłonki w pierzaste, białe obłoczki i położyła je na ladzie.

— Prosimy o te zasłonki. Ksawciu, co o nich myślisz?

Ksawciowi zasłonki podobały się szalenie, co zresztą nie dziwne, tak więc przytaknął przyzwalająco i uśmiechnął się swoim świetlistym, pięknym, anielskim uśmiechem.

— Ksawciowi się podobają, co zresztą jest ważne bo przecież mieszkacie teraz razem. A właśnie panie Ignasiu, gdzie właściwe Ksawci śpi, he?

Sprzedawczyni o mało co nie upadła z wrażenia. Słyszała bowiem w wiadomościach o różnych niebezpiecznych wariatach, kręcących się po mieście i była pewna, że właśnie z takim ma teraz do czynienia.  Od razu zmieniła ton i lodowatym, uprzejmym głosem podała cenę, chcąc pozbyć się ich jak najszybciej ze sklepu. Ignaś zapłacił, schował zasłonki, powiedział do widzenia sprzedawczyni, która nieustannie mamrotała coś pod nosem, i wszyscy wyszli ze sklepu. Na ulicy Ignacy podjął:

— Nie wiem.

— Jak to pan nie wie? To pan panie Ignasiu, z nim  jeszcze nie rozmawiał?

— No..nie

Ignacy był rozbawiony sytuacją w sklepie i pomyślał, że powinien zostać socjologiem i przeprowadzać sondaże. Najlepiej w takiej formie. Będąc w wyśmienitym humorze postanowił puścić wodze fantazji i porozmawiać ze Stefcią o tym całym Ksawerym. Tak jak dziecko rozmawia z dzieckiem.

— No więc nie rozmawiałem jeszcze ale się postaram. Wiesz, od niego bije taka przedziwna aura, ale wczoraj wieczorem na przykład znalazłem w łazience jego pióro. Ależ jest piękne, cale śnieżnobiałe i takie mięciutkie, a dzisiaj rano widziałem chyba rąbek jego szaty, równie pięknej. Wiesz, anioły to bardzo miłe stworzenia.

Stefcia była wniebowzięta, bowiem myślała iż Ignacy, istotnie nawiązał kontakt ze swoim opiekunem. Ksawery natomiast, dobrze wiedząc ze Ignacy zmyśla, postanowił nic nie mówić. Pomyślał, że w końcu i tak się wyda, a wolał nie mówić tego Stefci teraz, kiedy wręcz promieniało od niej szczęście. Natychmiast dostała rumieńców, a ogromne oczy świeciły się i rozjaśniały.

— Oj panie Ignasiu, niech pan mi coś jeszcze opowie! To wspaniale żeście się wreszcie zaprzyjaźnili.

— Och, za wcześnie jest jeszcze by mówić o przyjaźni, ale myślę że to tylko kwestia czasu. Ksawery jest bardzo spokojny i niekłopotliwy. I wyraźnie mi pomaga w najróżniejszych sprawach. Czasem udaje zobaczyć mi się nawet jego aureolę.

— A nie mówiłam! —  Stefcia była przeszczęśliwa —  mówiłam, że on panu pomoże na pewno. Och, jakież to piękne, jakież to wspaniale, ach panie Ignasiu, nawet pan nie ma pojęcia jaka jestem szczęśliwa!

W tym monecie weszli na klatkę schodową ich kamienicy. Ignacy udał się wraz z Ksawerym, który był bardzo smutny i zawiedziony, do siebie, a Stefcia do siebie, gdzie została przywitana przez Wiolę pytaniem: czyżbyś dzisiaj znowu szukała aniołów stróżów? Stefcia z radością rzuciła się jej na szyję i powiedziała cały dzisiejszy dzień, łącznie z tym co było w szkole. Wiola pomyślała że czeka ją wizyta u wychowawcy i że musi to wszystko jakoś odkręcić, gdyż Henryk zupełnie do takich spraw się nie nadawał. Dała więc Stefci kolację, porozmawiała o Ksawerym i ułożyła do snu. Sama pozmywała i też poszła spać. Z jednej strony była na Stefcie trochę zła, a z drugiej była dumna z jej inwencji i fantazji. I przez myśl jej nie przeszło, że Ksawery rzeczywiście piętro niżej układa się w fotelu do snu.