Proza

„Dopóty świat się kręci”

DSC_3961

Tamtego dnia Marek zjawił się u nas punktualnie o ósmej. Tak się co prawda umawialiśmy, ale z naszej strony to była raczej przysłowiowa godzina, taka, kiedy umawiając się, liczymy na to, że druga osoba spóźni się przynajmniej z pół godziny. Tylko że Marek, jeżeli mu na czymś naprawdę zależało, nigdy się nie spóźniał.

Owy letni świt był mglisty, deszczowy. Byliśmy zaspani, dopiero co wyrwani ze snu, powoli dopuszczaliśmy do siebie dzień słuchając miarowego uderzania kropel o szyby. Głos Marka, mimo że siedzieliśmy wspólnie przy jednym stole, dochodził do nas jakby z oddali, z bardzo daleka.

– Napijesz się herbaty?- pytanie z mojej strony raczej retoryczne, takie, które ma wypełnić ciszę. Zresztą, nasz gość od jakiegoś czasu nie pił niczego innego prócz herbaty.

– Chętnie- odpowiedział z uśmiechem- to co, wypiję i jedziemy?

Wyraźnie nie mógł się doczekać. W żółtej koszuli, skórzanej kamizelce, czerwonej przepasce na głowie i w moich ulubionych butach kowbojkach, patrzył rozbieganym wzrokiem dookoła, myślami będąc już kompletnie gdzie indziej.

Po drodze opowiedział nam swoje życie. O tym jak wyszedł z domu w wieku 17 lat w tym co miał na sobie, jak zaczepiał się w różnych miejscach i w różnych miastach, w końcu o tym, jak zaczął rzeźbić swoje światowidy. Bożki, w które nikt już nie wierzy; może dlatego, że tak trudno jest ludziom zrozumieć coś, co ma wiele twarzy. Co nie jest jednoznaczne. Co nie daje łatwych i prostych odpowiedzi nawet na najzwyklejsze pytania. Nikt nie wierzy, ale niektórzy niszczą. Niszczą to, czego nie rozumieją. Urywają im głowę, rozbijają tors, kradną różne części monumentalnych, prasłowiańskich rzeźb. Ta walka nowego porządku ze starym, nowego, który starego nie rozumie, a więc i nienawidzi, lekceważy, niszczy, trwa nieustannie.

Na miejscu każdego uszkodzonego światowida staje nowy. Nigdy nie wiadomo, ile czasu będzie mu dane zanim znowu obróci się w pył, w górę rozbitych kamieni, w ruiny tego czym był, ale to nie jest naprawdę ważne. Dopóki Marek ciosa w kamieniu kolejne, pogańskie bożki, dopóki ocala to, co zapomniane i daje schronieniu temu, co wyklęte i egzystujące gdzieś pod tkanką naszego świata, naszych myśli, gdzieś na samym dnie tak zwanej rzeczywistości, świat ten trwa w zawiasach, zachowuje równowagę i nic go z tej równowagi nie wytrąci.

Po trzech godzinach drogi w strugach deszczu dojechaliśmy na miejsce. Otaczały nas niewielkie góry, co jakiś czas majaczyły przy drogach prawosławne krzyże, w oddali widać było cerkwie zupełnie jak z wierszy Harasymowicza.

– Dojechaliśmy- powiedział Marek wesoło, nie przejmując się zupełnie deszczem, jakby on go w ogóle nie dotyczył, nie obchodził.

Ale to jest już zupełnie inna historia.

fot. Elżbieta Mazoń